Sztuki i banialuki

Opowieść o największej z potęg

Piękna dziewczyna z długimi, rozwianymi włosami trzymała w ręku miecz. Jechała na olbrzymim, ognistym smoku. Z jego nozdrzy buchała para, niewielkie skrzydła opadały z wysiłkiem. Potężny ogon ze świstem przecinał powietrze. Światem wstrząsnął ryk, aż księżyc zachwiał się niespokojnie, burząc spokój pana Twardowskiego. Oto na horyzoncie pojawiły się ciemne zastępy, hucząc i wyjąc. Ich kołtuniaste grzywy powiewały jak sztandary. Zbliżały się powoli, posępne jak demony zniszczenia. Na ich twarzach malowały się wszystkie odcienie grozy. Dziewczyna nie straciła jednak animuszu, wręcz przeciwnie. Roześmiała się kpiąco i wraz ze smokiem ruszyła na wrogie zastępy. Kiedy jej miecz dotknął czarnego potwora, wystrzelił z niego piorun, rozświetlając mroczne niebo. Smok zaryczał przeraźliwie.

ʡ

Pluszowy, czerwony miś o miękkiej sierści i roześmianej mordce. W uniesionej łapie trzymał bagietkę- no proszę, do tego jeszcze Francuz! Drugą łapą trzymał się ucha wielkiego psa, którego dosiadał. Psiak był zielony, z długimi łapami i sympatyczną mordką. Pomijając fakt, że też był pluszowy, mógłby być moim przyjacielem. Mknęli razem przez błękity, rozpychając się pomiędzy chmurami, niesieni przez wszędobylski wiatr. Miś- Francuz śmiał się przy tym tak serdecznie, że sama miałam ochotę się roześmiać. Dolecieli aż do słońca. Pies chwycił je w pysk i puścił ruchem wirowym po niebie. Pluszak na jego grzbiecie aż tańczył z radości, zwalając przy tym na ziemię gniazda gawronów. Nagle słonce zatrzymało się i zaburczało gniewnie. Miś zrobił się różowy- chyba zbladł. Bagietka wypadła mu z łapy, kiedy słońce zaszarżowało na nich. Zderzyli się z hukiem, wyrzucając w niebo snopy iskier. Słońce zadowolone wróciło na swoje miejsce.

ϼ

Kolorowe stroje, roześmiane, na wpół przytomne twarze. Rozczochrane włosy. Humor dopisywał, jak to zwykle przy szklanicy. Głośna muzyka niosła się po wsi, dudniła nieprzyjemnie w uszach i brzuchu. Im to jednak wcale nie przeszkadzało. Nie zauważali włączonych świateł u sąsiada, nie słyszeli wyjących psów. Trzymając się za ręce skandowali rytmicznie:

,,Co zbawienie nam czy piekło

byle życie nie uciekło!”

Po czym słaniając się ze śmiechu odskakiwali na wszystkie strony, upojeni alkoholem i radością życia. Ktoś podkręcił muzykę, tak, że nie słyszeli już nawet własnych głosów. Zresztą, i tak nie mieli nic ciekawego sobie do powiedzenia. Wyginając ręce w rytm muzyki śpiewali ochryple. A wysoko nad nimi, na rozgwieżdżonym niebie, cicho wzdychał wiatr.

¥

Patrząc na zamyśloną twarz mojej siostry mogłam tylko zgadywać, w co jej wyobraźnia zamieniła koronę tego drzewa, dobrze widoczną na tle ciemnych, burzowych chmur.

 

 

Ta opowieść jest prawdziwa. u mnie na wsi naprawdę rosnie takie drzewo, dąb, przed wielu laty trafiony piorunem. Często z siostra siadamy na balkonie i wpatrujemy sie w jego częsciowo uszkodzona koronę. Cytat pochodzi z piosenki J. Kaczmarskiego ,,kantyczka z lotu ptaka"