Sztuki i banialuki

opowiadanie wakacyjne

Opowieść wakacyjna, jak dobrze wyjdzie to dam ja na konkurs. Jak źle to tylko do czytania.

Ostatni kawałeczek. Takie nic, zaledwie dziesięć kilometrów, dobrą, asfaltową drogą z szerokim poboczem. W porównaniu z tym co przeszłam przez ostatnie dwa miesiące zwykły spacerek. Oczywiście właśnie na tym kawałeczku, kiedy dosłownie czułam dom, złapał mnie zmierzch. Wiem, to moja wina, za długo odpoczywałam u Mili. Nie mówiąc już o tym, że rozsądny człowiek pojechałby autobusem, a nie lazł z buta. Ostatnim czasem mocno zbywało mi na rozsądku. Tak więc dziesięć kilometrów od domu droga zamieniła się w czarne pasmo, a rosnące obok drzewa w ponure potworki. Rzuciłam zielony plecak na ziemię i walnęłam się obok niego, nogi kładąc jak najwyżej. Nie byłam szczególnie zmęczona, dziesięć kilometrów temu siedziałam z Milką na łóżku i popijałam soczek. Mimo to wcale nie uśmiechała mi się wędrówka po ciemku. Za dużo się ostatnio mówi o pedofilach i innych tego rodzaju zboczeńcach. Owszem, ze wszystkiego na świecie najmniej przypominałam dziewczynę, ale a nóż się trafi jakiś homoseksualista? A może im jest wszystko jedno, kogo łapią? Naprawdę nie miałam pojęcia. Ale nie miałam też pieniędzy, a z jedzenia tylko suchary, więc podniosłam się niechętnie z trawy. Wyciągnęłam z plecaka latarkę i ruszyłam w dalszą drogę. Noc była naprawdę piękna, gdyby nie te drzewa i czający się rozbójnicy. Poczciwe dęby wyciągały nade mną konary jak jakieś potwory. A może litowały się nad zagubionym wędrowcem? Kto wie, co im gra pod korą. W każdym razie wyglądały potwornie. Księżyca nie było wcale- a jeszcze niedawno tak pięknie świecił! Pamiętam tamtą noc, szliśmy nad brzegiem jeziora, a on świecił nam prosto w twarze swoją największą z gąb. Teraz zniknął zupełnie, dając gwiazdom szansę zabłyśnięcia. Głupio im musi być, zawsze z takim dużym koleżką u boku. Moje myśli zaczynały znów niebezpiecznie zbliżać się do tematu nocnych napaści. Na wszelki wypadek zdjęłam z głowy czerwona chustkę, jedyny element łączący mnie z płcią piękną. Oprócz niej miałam na sobie podarte dżinsy z ubłoconymi nogawkami i zielonego T-shirta po wujku. Włosy zwinęłam w wygodny koczek i ukryłam pod kowbojskim kapeluszem. Przez dwa miesiące wędrówki po Mazurach tylko jedna osoba rozpoznała we mnie dziewczynę. Trzy razy byłam wyganiana z damskiej toalety. Nawet przyjaciele nazywali mnie męskim odpowiednikiem mojego imienia, czyli Sewerynem. Uśmiechnęłam się na wspomnienie dni spędzonych w krainie jezior. Niesamowite, nikogo nie utopiłam, nie obraziłam przyjaciół, nawet nie zostałam okradziona! A rodzice tak długo nie chcieli mnie puścić na tą wyprawę! Przekonała ich dopiero świetnie napisana matura. Przed odjazdem chyba ze sto razy mówili mi, co i jak mam robić. Zwłaszcza mama była zmartwiona jak nigdy, ona, która jeździła z koleżkami autostopem po całej Polsce i żeglowała po jeziorach! Nie myślała chyba, że nie pójdę w jej ślady!

     Tak się zamyśliłam, że prawie wpadłam na drzewo. Skręciłam w ostatniej chwili, ale gryf gitary otarł się o korę.

- Wciórności!- Jęknęłam stare przekleństwo.- Pardon, mały!

Mówiłam do gitary w rodzaju męskim, ponieważ nazywała się Jezusek. Stary, ruski kloc, nieproporcjonalnie mały, brzmiący dość dziwnie. Jego życie obfitowało w przygody. Świadczyły o tym liczne otarcia, naklejka z napisem Jezus i jedno dodatkowe pokrętło przy gryfie. Teraz kora drzewa odłupała kolejny płat lakieru, akurat ten z domalowaną stokrotką. Zrobiło mi się trochę żal. To był mój kwiatek, własnoręcznie malowany i pryskany lakierem. Nie spieszyło mi się zbytnio (i tak jest już noc), zdjęłam więc plecak i przesunęłam zawieszoną na pasku gitarę na brzuch. Nie tracąc czasu na strojenie uderzyłam w struny. Nie byłam wirtuozem, ale kilka piosenek znałam. Zagrałam moją ulubiona: Białe róże. Od razu zrobiło mi się jakby weselej. Wszystkie gwiazdy spojrzały na mnie zdziwione, kto tak gra po nocy. Wiatr hulający po polu też przystanął, wsłuchując się w dźwięki. No, może przesadzam, ale rzeczywiście był jakby ciszej. W sąsiednim gospodarstwie za to rozszczekały się psy. Speszona zarzuciłam pasek na ramię i podniosłam plecak. Jak im się nie podoba, to idę.

        Szłam spokojnie jakieś pół godziny. Nie musiałam nawet mieć włączonej latarki, ponieważ droga wiodła akurat przez wieś. Normalnie bym ją rozpoznała, ale po ciemku widziałam tylko latarnie, trochę chodnika i napis nad sklepem. Pewnie jestem już blisko domu. Spojrzałam na zegarek i przekonałam się, że dochodzi północ. Nie uśmiechało mi się budzenie rodziców o świcie, zwolniłam więc kroku. Wyszłam ze wsi w tempie spacerowym i stanęłam zupełnie, gapiąc się przed siebie. Na śmierć zapomniałam, ze tu jest las. Wielka, czarna gęstwina oddzielająca mnie od ciepłego łóżka i rodziny. Każdy normalny powiedziałby sobie: czego się głupia boisz! Za tamtym lasem jeszcze kilka kilometrów i jest dom! A on sam wcale nie jest duży, zresztą cały czas będziesz szła droga! Tak, bardzo przekonująco gadał. Ja sama prawie mu uwierzyłam, ale mój strach nie. Rzucał się jak szalony, sycząc i kręcąc jakieś korkociągi na moim żołądku. Na mazurach szłam przez wiele lasów, zawsze z przyjaciółmi, ale strach nie opuszczał mnie nigdy. Teraz byłam całkiem sama, tyle że nie miałam wyboru. Przeklinając straszne książki które czytałam w dzieciństwie i ciągle jeszcze pamiętam, weszłam między drzewa. Szłam na wszelki wypadek środkiem ulicy, jak najdalej od potworzastych jałowców. Ok, tak to mogę iść. Strach odleciał jak niepyszny. Najważniejsze to gapić się w asfalt i ruszać nogami. Metoda była naprawdę dobra, tyle że jakiś idiota akurat te porę wybrał sobie na przejażdżkę. W ostatniej chwili uskoczyłam w krzaki, unikając przejechania. Nawet nie wiem przez kogo, bo widziałam tylko światła. Pogroziłam mu pięścią i mój wzrok padł na jałowca obok. O rany, ja jestem w lesie! Myśl była tak niespodziewana, ze nie zdążyłam nad nią zapanować. Jałowiec zaczął się ruszać, jakby tańczył w rytm jakiejś dzikiej melodii. Drzewa zaszumiały, wyciągając w moją stronę współczujące gałązki. Ich kondolencje mało mnie obchodziły. Krzyknęłam przeraźliwie i rzuciłam się do ucieczki. Przedarłam się przez linie krzewów i wypadłam na drogę. Dopiero tam odetchnęłam i usiadłam na asfalcie, zamykając oczy. Kiedy je otworzyłam, jałowca już nie było. Była tylko posępna masa lasu, milcząca i niegroźna. Trochę zła na swoje tchórzostwo wstałam z szosy. Wtedy zdałam sobie sprawę, że coś tu nie gra. Ciężar na moich plecach był o wiele mniejszy niż przedtem. Pomacałam i z przerażeniem stwierdziłam, że biedny Jezusek został przy drapieżnym krzewie. Poczułam, jak asfalt załamuje mi się pod nogami. Znowu mam tam iść? Niezły test na osobowość, ale jakoś nie mam na niego ochoty…Zanim wyobraźnia zaczęła się rozpędzać zebrałam wszystkie myśli na wodzy i wpadłam pomiędzy krzewy. Jezusek rzeczywiście tam leżał, jakby mniejszy niż zwykle. Ogrom lasu źle na niego działał. Wyniosłam biedaka na szosę i umocowałam w plecaku, ponieważ jego własny pasek był zerwany. Ciągle trzymając wyobraźnię przeszłam wreszcie cały las, nie zatrzymując się ani na chwilę. A za drzewami zobaczyłam wreszcie utęskniony widok, znajome światła i pobielone ściany chlewiku, rozwalające się płoty… jeszcze kilka kilometrów! Przeszły jak z bicza strzelił. Równo z pierwszymi promieniami słońca stanęłam u furtki mojego domu. Miałam stąd wspaniały widok na wschód. Pomarańczowa kula wyłaniała się zza drzew, przytulona do ścian kościoła. Wszystkie okna płonęły odbitym światłem. Spojrzałam na zegarek. Jeszcze dwie godziny i ulice się zaludnią. Ale ja już wtedy będę tam- przeniosłam wzrok na okno od mojego pokoju.