Sztuki i banialuki

Retrospekcja z której miałam wykreślić rzyganie...

Może nawet nie zauważyliście, ale Bukowiny przez ten tydzień w Internetach nie było. Nie nabijała wam wejść, nie zostawiała głupich komentarzy, nie snuła się po stronach i fejsie. Dziwne, co nie?
    Wcale nie. Po prostu byłam w innym, lepszym świecie. Internet to proteza, to czasowy marazm do którego zmusza mnie szkoła i monotonia. Prawdziwe moje życie toczy się w górach. Tam nie potrzebuję żadnych wspomagaczy oprócz przeciwbólowców i gitary.
góry 3.jpg
    Stołówki.  Bardzo smaczne słowo. Góry stołowe, to oficjalna nazwa. natychmiast widzę oczami wyobraźni (które, w odróżnieniu od prawdziwych, nie potrzebują soczewek) bloki skalne opadające pionowymi szczelinami w dół, w gęstą czuprynę lasu. Widzę błotnistą ścieżkę i wystające kamienie. Widzę i czuję majestatyczny spokój otaczających mnie szczytów. Kocham góry. Nie taką zwykłą miłością, która każe przyjeżdżać co roku na tydzień i pospacerować sobie. Taką cholerą która z życia w górach robi jedyny sens. Nie zdziwię się, jak właśnie tam będę mieszkać. 
    Zdjęcia robiłam sama, między jednym krokiem a drugim, czasami w  deszczu, zawsze tą samą słabą komórką. To na gorze to skały, i to wcale nie ,,jakieś skały" bo mają swoją nazwę, tylko jej nie pamiętam.
góry 1.jpg
 
Błędne Skałki. Piękne, bo poza sezonem. Zero turystów, za to jacyś robotnicy. Bardzo odnowione te góry, seryjnie, pełno nowych mostków, przejść i poręczy. Wszystko jeszcze jasne.
góry2.jpgSkałki po raz kolejny. Tylko nie mówcie że to nudne! Każda z tych brył ma swoją niepowtarzalną, niezwykła historię i niesamowitą nazwę. Najlepiej pamiętam tą zwaną Zadkiem. Oraz Grzybki. na jednego z grzybków może wejść nawet 24 osoby. Nas weszło 16, taki mały sukcesik. PS. byłam w  tych górach z wycieczką szkolną, stąd tyle osób. I tyle wspomnień nie-górskich, a pokojowych :D 
        Wróciłam i już cierpię. Po pierwsze z tęsknoty. Po drugie z głodu, który objawił się nagle i z niespotykaną siła. Po trzecie, bo mam całe nogi poobijane, choć nie pamiętam dlaczego, i jeszcze musiałam się rozpakować. Nic mi się nie chce, nawet siedzieć, nawet pisać, a tym bardziej mówić. 
   Chce mi się rzygać. I tak sprawnie jak na języku polskim mogę nawiązać do dzisiejszego opowiadanie. Mówi ono o tych dawnych czasach kiedy nie byłam jeszcze w górach tylko w Bydzi, a o wycieczce w góry mówiłam w czasie przyszłym i z nabożnym lękiem. Jednym słowem, była zima. Tegoroczna. Opowiadanko wygrzebałam z archiwum na rzecz konkursu, ale w końcu wysłałam inne (po stwierdzeniu że i tak oba są beznadziejne i nic nie wygram, bo jak tak beznadziejny człowiek jak ja może cokolwiek wygrać?) Może nieszczególnie zainteresują was Bukowinowe rozważania, ale jeżeli chcecie zobaczyć jak naprawdę wygląda moje życie- przeczytajcie. To chyba najbardziej osobiste opowiadanie jakie napisałam.
 
 
Wciąż jestem tutaj. Tak jak wtedy, kiedy widziałeś mnie ostatnio i zrobiłeś bardzo głupią, zdziwioną minę. Jak się głębiej zastanowić, gość który nosi tak beznadzieją czapkę nie może wyglądać mądrze. Zmień ten imidż bo się zrzygam jak cię znowu zobaczę.  Tak, wiem, ja także wyglądam podejrzanie. Mam podarte na kolanach spodnie, lekką mimo panującego mrozu, czarną kurtkę i za dużą czapkę z włóczki. Nic modnego, nic wspaniałego, moje ubrania wyglądają jakbym sama je szyła. Długie, poskręcane włosy opadają mi na ramiona i czasami traktuje je jako szalik. Twarz mam bladą, ale to akurat normalne w tej temperaturze. Miałeś prawo poczuć się zaniepokojonym na mój widok, rozumiem. Normalny człowiek nie siedzi na dworcu opierając się plecami o ścianę, i to bez żadnego bagażu (taki szczegół jak torebka nie rzucił ci się w oczy, zwłaszcza że akurat na niej siedziałam). To pewnie przez tą ścianę z miejsca mnie zdyskwalifikowałeś w kategorii ,,normalny podróżny". Umieram ze smutku.
    Dzisiaj jak widzisz znowu tu jestem. Pewnie zastanawiasz się czy byłam dzisiaj w szkole, czy jadłam śniadanie i czy nie jest mi zimno. Na wszystkie te pytania mogę odpowiedzieć ci z góry: nie. Po pierwsze, jest sobota. Po drugie, ten gołąb był o wiele bardziej głodny niż ja. Po trzecie, jeszcze trzy minuty temu maszerowałam dziarsko przez ośnieżone miasto. Ty wysiadłeś z taksówki, więc jest ci zimno jak cholera.
-Wszystko w porządku?
Nie pochylaj się nade mną jak kat nad dobrą duszą, miej trochę godności!
-Nie.
Co to w ogóle za pytanie? Czy komukolwiek na tym świecie jest dobrze? Nie dalej jak godzinę temu mój ukochany gadał z moją najlepsza przyjaciółką, mimo że ja stałam obok i mimo że ona ma chłopaka. Normalnie prawie rzuciłam się z mostu z żalu, a ty mi tu gadasz o porządku! Teraz ci głupio, co nie?
-E, potrzebujesz może czegoś? Nie jest ci zimno?
-Nie jest mi zimno. Potrzebuję kilka kanapek albo suchy chleb.
Nie lubię robić z ludzi idiotów. Ale w tym wypadku się udało. Twoją miną w tej chwili można by obdzielić pół szpitala wariatów.
-Mam kanapkę, mogę ci dać jeżeli potrzebujesz.
Nie będę się dla ciebie powtarzać, koleś. kładź ten chleb i spadaj.
-Proszę. Gdybyś jeszcze czegoś potrzebowała, zgłoś się do mnie. A może lepiej zadzwonić po twoich rodziców.
-Dziękuję- nie muszę silić się na uśmiech, kiedy kawałek chleba leży tak sobie obok mnie. Śmieję się do niego pełną gębą. Patrzy niepewnie i odchodzi, dźwigając wielki jak skała plecak. Kolejny zabawny zbawca ludzkości.
    Mnie w każdym razie nie zbawił. Zrywam się, wychodzę na krok poza obręb dworca i ignorując śnieżną zamieć walącą mnie w twarz rozdzieram bułkę na dwa kawałki. Sucha, dość już stara. To bardzo dobrze. Zaraz przyleci pierwszy, na swoich szarych albo brązowych skrzydełkach. Rozetnie powietrze jak płatek śniegu, jak zeschły liść niesiony siłą głodu. Spadnie mi na głowę, wbije ostre pazurki w śnieg zalegający na chodniku. Ciekawskie, czarne oczka zwrócą się na mnie rozpoznając twarz: ona czy nie ona? A dobry ten chleb? A gdzie on jest? Na dłoni? Zamach skrzydełkami, najpierw krótki lot rozpoznawczy. Jest, bułka namierzona w dłoni! Poderwie się jeszcze raz, skręci główką, zatrzepoczą pióra i usiądzie mi na nadgarstku, wczepiając się w rękawiczkę. Ostry, czarny dziób świśnie koło dłoni i wbije się w bułkę. Będzie się z nią szarpał, machał skrzydełkami, pomstował na mnie, czemu skórka taka twarda. W tym czasie zleca się następne. jeden na druga rękę, dwa buszują na chodniku w poszukiwaniu okruszków, jeden bezczelny usiądzie mi na ramieniu. Bułka skończy się niezauważenie, jakby wcale jej nie było albo jakby była tylko zabarwionym kawałkiem powietrza. Czarne oczka spojrzą na mnie z wyrzutem, pogrzebią pazurkami w śniegu po czym zerwa się do ponownego lotu. Zobaczę tylko ruch skrzydeł, białych na białym tle i znikną w zamieci, w płatkach śniegu.
   Będę mogła wrócić na dworzec. Ze spokojnym sercem. Czekać. Czekać.
gnidy.jpg
 
PSy
Jeżeli BonaVonTurka pisze że jej nie będzie, to znaczy że wiernej basistki, czytaj mnie, też nie będzie. Niestety, nie ogarniam kiedy wrócę.
  
Na Rzeźnię zapraszam jak diabeł do piekła, jak zwykle.