Sztuki i banialuki

To co będzie jutro

Witam wszystkich znudzonych kolejnym tygodniem życia. 

Nie mam wam tego za złe, ale nie powinniście się nudzić, bo ,,nuda jest przywilejem- nudzi mało inteligentnych". Takie tam mądrości z bydgoskiego tramwaju. Ci sami ludzie mają ,,talent do odpowiadania na pytania retoryczne", co z kolei dowiedziałam się w pociągu. W pociągu, którym ,,z las pala jadę". Nie, nic nie wymyślam, po prostu przeglądam swoje notatki w komórce: oprócz rozkładu jazdy pociągów, kodu do mieszkania Sarabeusza i kilku roboczych maili mam tam też najlepsze powiedzonka, którymi uraczyli mnie przypadkowi ludzie: w pociągu, w tramwaju, na murze, na drzwiach od kibla. gdzie spojrzysz, jakieś złote myśli. ,,Lubię, gdy jestem na terapii" powiedział nieznany bydgoski artysta na skrzynce z prądem...

 

 

Rzecz zaczęła się w piątek, na kolejnym, niepoliczonym już spotkaniu kółka dziennikarskiego. Redakcjy, jak mówiliśmy, poczuwając się do bycia kimś więcej niż tylko zwykłym, szarym uczniem. W końcu dysponujemy tym słowem pisanym, to my wybieramy tematy, piszemy, składamy i sprzedajemy. Gazetka szkolna miała swój wkład w kształtowaniu szkoły, jej istnienie było zagwarantowane tradycją, jak powiedział dyrektor na samym początku roku, oddając w nasze ręce tę szlachetną instytucję. Musi być idealna, nie ma miejsca na uchybienia, pomyłki czy nie daj Boże ortografy. W końcu wszyscy jesteśmy z klasy humanistycznej, oczekuje się od nas czegoś więcej niż tekścików w stylu ,,W naszej szkole miało miejsce wydarzenie..."i tu drętwa gadka co się po kolei działo: pan dyrektor mówił, uczniowie brali udział, wszyscy byli do obrzydliwości szczęśliwi i rozeszli się zadowoleni, z atrakcyjnymi nagrodami w łapach. O nie, taki tekst nie przechodził, od razu dano nam to do zrozumienia. Owszem, opisywanie wydarzeń szkolnych to dla nas priorytet, ale ma to być poprawne i niebanalne. Ludzie muszą wiedzieć, że nie dają pieniędzy za nic. Do tego inne artykuły na tematy nośne w tym czasie, popularno-naukowe w drugiej kolejności, a w trzeciej jakaś rozrywka, mogą być żarciki o nauczycielach, konkursy, zabawy i tak dalej, najlepiej intelektualne. Taką instrukcję przedstawił nam dyrektor na pierwszym spotkaniu w auli. Widać było, że ma bardzo zawyżone mniemanie o własnej szkole. Uważał się za elitę- nawet po tej auli było to widać, portrety poprzedników na ścianach, czerwone, pluszowe zasłony jak w teatrze, sufit pomalowany na złoto. Podwyższenie z katedrą, na której mógł przemawiać, bo czymże jest szkoła bez dyrektorskich przemówień? Ławek dla uczniów brak, trzeba stać jak skończony idiota i słuchać co on ma do powiedzenia o naszej ,,elitarnej szkole z tradycjami, jednej z najlepszych w mieście." Statystyki mówiły coś innego, ale dyrektora w ogóle nie obchodziły. W końcu statystyki kłamią, a on ma racje, jesteśmy najlepsi i tyle. Osobiście, już dając spokój statystykom i zdawalności matury, uważam moją szkołę za średnią, ale przyzwoitą. Ani dno, ani szczyt, raczej przybytek dla zdolnych, ale biednych, dla dość ogarniętych dzieci klasy średniej. Kuźnią dla geniuszy z bogatych famili to nie byliśmy, wiem bo mój kumpel właśnie w takiej ,,kuźni" wylądował i jego opowieści znacznie różniły się od moich doświadczeń. Mi to jak najbardziej odpowiadało, dzięki temu nie byłem największym ,,szmaciarzem" w klasie i nie musiałem zakuwać po nocach, prześlizgnąłem się gracko przez pierwszą klasę i wkroczyłem do drugiej z najlepszym wynikiem w roczniku. Niestety, dyrektor wiedział swoje. Dlatego na nasza gazetkę nałożył takie ograniczenia, dla mnie bardzo wkurzające, bo jestem za wolnością prasy. Próbowałem o tym cichutko wspomnieć na tym pierwszym spotkaniu, ale zgasili mnie koledzy, posuwając się do rękoczynów glanowo-kostkowych. Sorki, to były raczej nogoczyny. Kiedy tylko dyrektor skończył tokować i zlazł z katedry, wyszliśmy na korytarz i rzuciłem się na nich z pyskiem.
- Co wam kurde odbiło? Chyba nie macie ochoty pisać co numer o tym samym, co pan dyrektor łaskawie pozwoli?
Rzuciłem do moich kolegów dziennikarzy. Ostanie pytanie było retoryczne, po ich minach wiedziałem że też są zwolennikami luzu i swobód w wyrażaniu poglądów.
-No chyba nie- wzruszył ramionami Robert, nie nominowany ale oczywisty Naczelny.- ale co zrobisz, Hrabi naplujesz? Zasada MWK, czyli Morda W Kubeł.
-No właśnie. Jak chcesz pisać, to wrzuć na luz i pisz co ci każą.
-O bosze, jakby było o co się kłócić...
-Wrzeszczeć na Hrabiego w połowie jego przemowy, ha ha, ale byś samobója strzelil!
Jak widzicie, już na pierwszym spotkaniu moje marzenia odnośnie pisania gazety zderzyły się boleśnie z rzeczywistością, a wręcz zostały przez nią rozjechane jak jeż przez tira. Reszta Redakcjy miała mnie za świra i niedostosowanego. Pomysł sprzeciwienia się Hrabiemu, czyli dyrektorowi, nikomu nawet nie przyszedł do tej zakutej pały, zbyt dbali o swoje prywatne interesy. Gadać oczywiście nie przestali...
     Więc w ten piątek jak zwykle gadali. Kiedy przyszedłem do Piekiełka, czyli naszej siedziby, pomalowanej w ogniście czerwone graffiti i zapchanej sprzętami niewiadomego pochodzenia typu gitara sztuk jeden, piecyk do niej też jeden, kronika szkoły, manekin na nóżce, strój błazna czy wieniec z kwiatów o średnicy jednego metra, wszyscy już siedzieli przy okrągłym stoliku lub na fotelach obok niego. Jedna dziewczyna z braku miejsca siedziała na piecyku od gitary, jedna, całkiem nowa, stała przy drzwiach. Zwróciłem na nią uwagę, ponieważ reprezentowała sobą typ człowieka, którego szczególnie nie lubię. Taka zaniedbana, szara myszka, wiecznie idąca krok za przyjaciółkami i uśmiechając się z przymusem, że niby bawią ją ich rozmowy. Ubrana w byle co, bez poczucia gusty, uczesana w rachityczny koński ogon, dziewczyna całkiem bez wyrazu, bez osobowości, bez przyszłości. Tacy ludzie mnie strasznie odpychają. Nawet nie ma odwagi żeby usiąść gdzieś. Co to, kurde, trzeba jej krzesło dać bo sama się boi podejść? W tym wieku? Wolne żarty. Na stole leżał laptop służbowy, a przy nim Naczelny. Ponieważ krzeseł już naprawdę nie było, usiadłem na podłodze, tak by widzieć ekran i być w środku wydarzeń. Widzisz, brzydula, da się.
-Jak poszedł ostatni numer?- Zapytałem Naczelnego, przerywając mu gadankę z Monisią.- Ile wyszło?
-Czekaj...E, ludzie, słuchajcie, za 100 egzemplarzy po złotówkę mamy...e...sto dziesięć złotych. No, ciekawy wynik. Kto dołożył tą dychę?
-E, bo ja nie wiedziałem po ile ma być i na początku sprzedawałem po złoty pięćdziesiąt- przyznał Kamil- ale luzz...
Dla Kamila całe życie to był ,,luzz...". Nie mam pojęcia, jak przeszedł do drugiej klasy mając prawie tak samo dobre oceny jak ja. Cholerny, ukryty geniusz, który celowo poszedł do gorszej szkoły, żeby mieć ,,;luzz". Rozpłynął się byle jak po krześle, mętny wzrok skupiony na absolutnym niebycie we wnętrzu jego głowy, sprane i dziurawe dżinsy- jego codzienny imidż. Jak można komuś takiemu powierzyć sprzedaż gazet? Cud, że nie wydał połowy forsy na zioło jeszcze tego samego dnia, kiedy ją uzbierał.
-Następnym razem wnioskuję żeby to ja zajmowała się sprzedażą- myśli Weroniki błądziły w tym samym kierunku co moje. Podniosła do góry trzymany na kolanach notes- mam tu wyniki sprzedaży z poprzedniego roku, kiedy ja się tym zajmowałam, i były wyższe o prawie 30 procent, oczywiście średnio.
Weronika była jedyną osobą z trzeciej klasy w naszym gronie. Tak bardzo polubiła pisanie w gazetce, że nawet matura jej w tym nie przeszkodziła.
-Super, bierz to gówno- zgodził się Kamil z nieprzyzwoitą wręcz radością. Reszta nie słuchała. Zawsze tak było, jako dziennikarze byliśmy wszechwiedzący i żadna szkolna afera nam nie uciekła, więc było się czym dzielić i o czym dyskutować. Naczelny z Monisią handlowali wejściówkami na jakąś imprezę w klubie. Dzidzia opowiadała im najnowsze kawały baby od francuskiego oraz pikantne szczegóły z jej życia, potwierdzając opowieść zdjęciami z fejsa, którego nauczycielka mało rozsądnie założyła. Zmuszenie ich do pracy nie było łatwe, ale Naczelny miał już pewne doświadczenie i donośny głos. Do tego terminy goniły i kąsały po piętach.
-Słuchajcie, ludzie, na jutro wszystkie artykuły!- wydarł się- Wrzućcie na naszą grupę a ja podeślę Hrabiemu. Dzidzia, łapiesz któregoś z fotografów i wyłudzasz od niego zdjęcia z dnia patrona. I ty też piszesz o tym dniu, okej?
-Kurde, czemu ja?- Obraziła się Dzidzia- najnudniejsza część roboty!
-A dlaczego nie ty- zaatakowała Weronika- z tego co mam zapisane, ostatnio robiłaś tylko felietony, i to przez dobre trzy miesiące, a ja się męczyłam ze sprawozdaniami.
-Dobra, to teraz Weroniaka robi w nagrodę felieton.
Zgodził się Naczelny. Kamil ziewnął głośno i z premedytacją.
-Już nawet wiem o czym napiszę- powiedziała dziewczyna- o szkodliwości substancji odurzających. Kamilek, będę mogła zrobić z tobą wywiad?
Uśmiechnęła się do niego słodko, jak to ona potrafi, bezlitosna okularnica.
-Proszę bardzo- z honorem wybrnął Kamil- mogę ci nawet pomóc nabrać własnego doświadczenia w tych sprawach.
Dzidzia zaczęła się śmiać, widząc wściekłą minę Weroniki. Dziewczyny szczerze się nienawidzą. Mogę się założyć, że chodzi o urodę, im zawsze o to chodzi.
-Wacek- to do mnie- a ty co piszesz?
-Felieton- zdecydowałem- temat jeszcze wymyślę.
-Ej, to nie fair!- Wydarła się Dzidzia- Czemu on może sobie sam wybrać co chce pisać,a mi rozkazujecie? Mamy równouprawnienie, derpy!
-Dzidzia, pamiętaj że feminizm szkodzi na urodę- powiedział z kamienną twarzą Naczelny- Wacek po prostu pisze gówniane sprawozdania.
-Pierdolony seksista- oburzyła się dziewczyna- i nawet tematu nie ma...
-Wymyślę coś. Ja szybko myślę.
Dzidzia spojrzała na mnie z mordem w oczach. Lubiłem ta dziewczynę najbardziej z całej Redakcjy, więc mogliśmy sobie spokojnie dalej dokuczać. Udało się jeszcze ustalić, że Kamil zajmuje się kącikiem z humorem (ale dowcipy nie mogą być rasistowskie, z podtekstem erotycznym ani o narkotykach, tak jak ostatnio, kiedy Hrabia chciał nas zabić) razem z Monisą (dla bezpieczeństwa przekazywanych treści) a Naczelny drukuje i składa. Sprzedaje Weronika. Wszystko ma być gotowe na środę i nikt nie ma prawa zamulić. Wszyscy byli w miarę zadowoleni, Dzidzia tradycyjnie sypała złośliwościami, Kamil przysnął na fotelu, plotki zaczęły krążyć z większą częstotliwością. Nikomu nie chciało się iść na lekcję, w końcu piątek, a to i tak ostatni angielski, co tam po nas. Pełne rozluźnienie, w końcu już się zbliża koniec roku, ciepłe powietrze wpływało przez nie zamknięte okno, krzyki dzieciaków walących się na sąsiednim podwórku, radio z okna bloku. Sielanka i tak dalej, oraz opowieści o francuzinie. W ostatnia sobotę miała ostrą imprezę, sądząc po zdjęciach, bosze, francuzina w bikini...Czy ona myśli że ma dwadzieścia lat? Przy piramidzie z butelek, śpiącą u boku jakiegoś obcego gościa, takie tam fotki. Na jej fejsie to standard. Właśnie zamierzaliśmy przejrzeć jej historię, kiedy Naczelny zauważył tą szara myszkę stojącą wciąż dzielnie przy drzwiach. Niesamowite, ta idiotka nie objawiła się przez całe dwie godziny. Nie podała ani jednego pomysłu, nawet nie dała znaku życia, na śmierć o niej zapomnieliśmy. Naczelny, większy dżentelmen niż ja, zwalił Kamila z fotela żeby zrobić jej miejsce. Trzeba nową do ewidencji wpisać.
-Jak się nazywasz?
-Ola Smolińska- powiedziała tak cicho, jakby nazwisko od smoły było rzeczą wstydliwą, a imię Aleksandra co najmniej zbrodnią. - Klasa 1a.

szara.jpgCzyli też humanistka, tyle że pierwszak. Właściwie mogłem się domyślić. Weronika wpisała ją do zeszytu (w którym zaznaczała też obecności na spotkaniach, co kto pisał i czy się wywiązał. Nie żeby dyrektor tego wymagał, robiła to tak po prostu z własnej woli.)-To co byś chciała napisać?- zapytał Naczelny, zastanawiając się zapewne, co z takim pierwszorocznym czymś zrobić.- Nie wiem, umiesz jakieś felietony pisać czy co? A może pomożesz Dzidzi przy dniu patrona?
-Nie potrzebuje pomocy- powiedziała dumnie Dzidzia, potrząsając swą czerwoną łepetyną.- Sama potrafię takie gówno napisać!
-Dżizys, nie przeklinaj przy dzieciach!
Krzyknął z poziomu podłogi Kamil. Ola Smolińska wyraźnie się spłoszyła, siedziała w tym fotelu jakby zaraz ktoś miał ją ugryźć.
-No to nie wiem. To napisz jakiś felieton, tylko dość krótki, to się zmieści.
-Ale o czym?
-O czym chcesz. Co tam się w szkole działo i tak dalej, jakiś temat który cię zainteresował, no wiesz o czym w gazetach piszą.
-Bo ja mam nawet taki pomysł...- zrobiła przerwę, jakby słowa nie chciały jej przejść przez gardło. Odgarnęła z czoła szarą, przetłuszczoną grzywkę.- Bo jedna moja koleżanka, no myślę że to taka dość nietypowa sytuacja i można by o tym pisać... No bo ta koleżanka... Ona będzie miała dzidziusia. I ja bym mogła o niej napisać.
Nasze dziennikarskie, plotkarskie dusze zawyły z radości. Rzuciliśmy się na dziewczynkę z gradem pytań.
-A która to, z pierwszej? Ile ma lat? A jaki profil? A wiesz może z kim? W którym jest miesiącu?
-No z kojej klasy- przeraziliśmy ją konkretnie- to Karolina Moczyńska. Taka niska, z czarnym włosami.
- Ta chuda o wyglądzie dziwki?- Zgadła Dzidzia- no, kojarzę ją, trudno nie zauważyć dziewczyniska z dekoltem do pępka. Nic dziwnego, że wpadła.
-Nie, to Kasia ubiera się wyzywająco, Karolina jest skromna- zaprzeczyła Ola- mam jej zdjęcia,o, to ta...
Z fotografii w komórce spoglądała na nas dziewczyna bardzo podobna do Smolińskiej: podłużna, chuda twarzyczka, pryszcze, krzywy, mało inteligentny uśmiech, gigantyczne i przerażone oczy. Nawet miała podobną grzywkę. I bryle. Jak takie brzydactwo mogło wpaść? Chyba cały zespół pomyślał to samo co ja... albo tylko ja jestem takim estetą. Wal się, powiedział mi mój własny mózg, jesteś po prostu nietolerancyjny względem przestraszonych pierwszoklasistek. Dzidzia też ideałem nie jest a ci się podoba. Musiałem przyznać mu rację.
-No i Karolina już we wrześniu będzie rodzić- uzupełniła Olcia.- Mówiła, że to przez to że w sylwestra była na imprezie.
Wszystko ułożyło się w logiczna całość. Małolata z kompleksami pierwszy raz zaproszona na licealną imprezę noworoczną, pewnie poznała kogoś starszego, upiła się i teraz ma skutki. A może, podpowiedział mi mózg, to wcale nie tak? Może tylko nam, stojącym z boku się wydaje że to jakieś wielkie nieszczęście ją dotknęło, że to przez jej głupotę? Może młoda chciała mieć dzieciaka? Kto dowiedzie że nie? Myślimy strasznie stereotypowo i schematycznie.
-I chciałabyś o tym pisać?- naczelny zastanowił się.- Ale w jakim kontekście? Bo nie możesz podawać żadnych nazwiska ani zdradzać że chodzi o kogoś realnego, a już na pewno nie z naszej szkoły, bo będzie afera.
-No, ja bym chciała tak napisać...No to pewnie głupie...ale chciałabym napisać że to wielkie szczęście żeby mieć dziecko- wymamrotała Olcia- bo Karolina mi opowiadała, że ona się bardzo cieszy i w ogóle, a nikt tego nie rozumie i tylko jej współczują. I prosiła mnie żebym o tym napisała, żeby wszyscy zobaczyli że to nie jest tak źle...
Więc jednak mój mózg podążył dobrą ścieżką! Stereotyp właśnie się zburzył z hukiem jak padający mur berliński. Po minach Redakcjy zobaczyłem, że nieszczególnie podoba im się ten pomysł. Zwłaszcza Weronika była oburzona.
-Nie możesz tak napisać- powiedziała zdecydowanie- to by było propagowanie złych zachowań! Takie rzeczy powinno się ganić i piętnować, a nie robić z nich powód do radości, bo jeszcze więcej młodych dziewcząt będzie zachodzić w ciążę! To niezgodne z etyką dziennikarską.
-Przepraszam, jaką etyką?- Wtrąciłem gwałtownie, widząc że Ola się sama nie obroni. Chyba nawet już zrezygnowała ze swojego stanowiska.- Czy to, za przeproszeniem, obraża kogoś? Jest kłamstwem?
-Nie, ale pokazuje fałszywy obraz. To tak jak nie wolno pokazywać wojny jako pozytywnego doświadczenia. Nie wolno robić zdjęć uśmiechniętych dzieci w Afganistanie i nie wolno opisywać szczęśliwej nastolatki z brzuchem! Takie są zasady, Wacek.
-Zresztą- włączył się Naczelny- Hrabia by nas poszatkował za taki temat! Wszyscy, kurde, jak jeden mąż bylibyśmy wywaleni z redakcji na zbity pysk. A i pewnie coś więcej też by wyciągnął. Co ty, chcesz mieć w drugiej klasie obniżone zachowanie? Przecież ty, koleś, żyjesz ze stypendiów, najlepszy uczeń w szkole.
-No właśnie- wtrąciła się Dzidzia- ci to by może wybaczyli taką aferę, ale my nie jesteśmy geniuszami i dla nas Hrabia by nie miał litości! Wypchaj się odpowiedzialnością zbiorową.
-Bosze, po co ta afera- Monisia, ta ostoja spokoju, nerwowo okręcała loki na palcu- słuchajcie, zaraz dzwonek, chodźmy coś zjeść zanim się zrobi kolejka w Macu.
-Mona, to są ważne sprawy.
-Wcale nie, to twoje gówniane poglądy! Bo ty zawsze musisz być na przekór!
W tym akurat Naczelny trafił. Pamiętam jak w górach graliśmy w taką grę: każdy wybiera sobie postać, a jedna osoba jest opowiadającym i wymyśla przygodę,w której postaci biorą udział. Od rzutu monetą zależało czy dana akcja się uda czy nie. Zawsze mieliśmy te same postaci: Dzidzia była narratorem, na przykład opowiadała jak uciekamy przez las przed nazistami. Kamil był Luzakiem, czyli tym który pali sobie jointa i ma wszystko w poważaniu. Naczelnik był Głową, wszystko planował i obmyślał, przewodził całej akcji. Weronika była Loserem, wciąż potykała się o kamienie i wszystkim zamartwiała, o dziwo traktując tą grę z niezwykłym dla siebie przymrużeniem oka. Monisia była Mięśniami, wykonywała akcje siłowe i nieszczególnie myślała. A ja zawsze pozostawałem Anty, czyli kolesiem który z nikim się nie zgadza, wszystko robi sam i najczęściej pieprzy wszystko. W grze to było fajne, napędzało całą akcję, na przykład to ja rzuciłem w Niemiaszka granatem i musieli mnie uwalniać z niewoli, ale w życiu... no cóż, było męczące. Wkurzało całą Redakcyję.
-Moje czy nie moje- nie zamierzałem ustąpić- nie możemy pozwolić, żeby społeczeństwo myślało jednotorowo, schematycznie. To wszystko jest walka ze schematami, stereotypami! Jako dziennikarze nie możemy ich powielać, musimy szukać nowych rozwiązań.
-Człowieku, daj spokój głębszemu sensowi! Tu biega tylko o to, żeby Hrabia nam łbów nie urwał!
-Nie urwie, jesteśmy w końcu wolnymi ludźmi, kurde, jest wolność słowa!- Wydarłem się- nie widzicie że jest demokracja? Halo, mamy 21 wiek, wracajcie z tego średniowiecza!
-Wacek, przestań świrować- powiedziała poważnie Dzidzia- i dorośnij wreszcie. Nie napiszemy o tym i tyle, koniec dyskusji. Idziemy do Maca.
Zrobiło mi się głupio. Dzidzia naprawdę rzadko była poważna, zwłaszcza w stosunku do mnie.
-Dobra- zdecydowałem- róbcie co chcecie, ale ja o tym napiszę. I wydrukujemy to, ale podpisane moim nazwiskiem, żeby było tylko na mnie, jakby co.
Zazwyczaj nie pisaliśmy który tekst jest czyj, tylko na początku numeru wszystkie nasze nazwiska. Podpisanie tekstu rzeczywiście zwaliło by całą burzę na moją głowę.
-Dobra- Naczelny zamknął laptop.- Masz kurde swoje, wygrałeś. Zadowolony? To idziemy.
Wszyscy ruszyli się ze swoich miejsc, Dzidzia obudziła śpiącego od dawna na podłodze Kamila i wyszli.
- Mam ważną robotę- powiedziałem, widząc jej pytające spojrzenie.- Sorki, idę prosto na autobus.
-Jak chcesz.- Nawet nieszczególnie się tym przejęła. Kurde, po Dzidzi spodziewałem się jednak czegoś więcej! Inteligentna, jaki mi się wydawało, dziewczyna, wiedziała co mówi, taka konkretna. I szalenie pewna siebie, szczera aż do bólu...A tu, jak trzeba się trochę wyrwać ze schematu, trochę narazić, to zaraz wymięka. Jak to z człowieka prawdziwa natura wyłazi, kurde. Wygoniłem przerażoną Olkę z sali i zamknąłem drzwi. Chciała jeszcze o czymś pogadać, ale rzuciłem, że nie mam czasu. Jeszcze mi tu brakuje jej łzawych wywodów, kurwa mać. Nie mam humoru.

 

 

CDN. Tak, to jeszcze nie koniec. Musiałam tekst podzielić, ponieważ bloog.pl ma ograniczenia co do ilości słów. (Masakra! Jakim prawem?)