Sztuki i banialuki

Ciąg dalszy dziejów

Na szczęście w zanadrzu kolejne opowiadanie, czuję że brakuje mi całkiem sporo do najlepszej formy, ale zmierzam w kierunku w miarę poprawnym. Największy problem jest w tym że pisze równolegle jeden dłuższy projekt, i myślami jestem całkiem w nim. No zobaczcie, jak już toniesz w jeziorze to trudno ci jednocześnie tonąć w bagnie. Proste? Jak teza przeddzidzia. (Bo wiecie z czego składa się dzida, prawda? To przecież podstawowa rzecz z gimnazjum!) 

     Z życia Bukowiny: kocham teatr! Byliście kiedyś w teatrze bydgoskim? Jak a) nie to żałujcie, jak b) tak to tez żałujcie. Można sobie skazić poczucie dobrego smaku, zniechęcić się do sztuki i zwątpić w sens życia. A oprócz tego można oglądać gołe baby (facetów gorzej, nigdy nie ma równości!) A poza tym jest super. Teatr ma w sobie to czego brakuje mi w telewizji- realizm. 

Kolejna fotka1120.jpg

     Nie chce mi się za dużo mówić o tym zakończeniu. Wyszło tak bardzo moralizatorskie... Ale jak dałam pierwszą część, musi być druga, takie zasady, zasady to druga rzecz która mnie najbardziej w życiu wkurza, na pierwszym miejscu są buty, ale to też opiera się o zasady. Na trzecim są ludzie. Odkryłam nawet, że ich inicjały (tych ludzi) układają się mniej więcej tak: T O (to) N S M (naprawdę straszne miejsce). 

 

Za ilustracje- moje zdjęcia. Bez sensu.

Kolejna fotka1039.jpg

 

Rzeczywiście pojechałem do domu zaraz po szkole, co mi się w piątek nie zdarzyło od początku bytności w liceum. Aż dziwne, że mnie starzy nie zgarnęli na psychologiczną rozmowę, są przeczuleni na punkcie mojej psychiki i muszę bardzo uważać, żeby coś nie wydało im się podejrzane. Na szczęście dzisiaj oboje siedzieli nad swoimi laptopami, pisząc jakiś szalenie niesamowicie makabrycznie ważny projekty, i mieli mnie głęboko gdzieś. Coś na kształt obiadu siedziało w kuchni- na szczęście nie było żywe. Zwykłe mrożone, rozgotowane pierogi, właściwie zupa pierogowa. Przełknąłem to świństwo z trudem, używając łyżki, i zamknąłem się na klucz u siebie. Jeszcze by Milka, moja młodsza siostra, wpadła na pomysł męczenia mnie swoimi plastikowymi kucykami. Natychmiast usiadłem do pisania owego wywalczonego z trudem tekstu. Musi być dobry. Musi zwracać uwagę. Jak napiszę słabo, nikt się mną nie zainteresuje, ominą wzrokiem i polezą dalej. A mi chodzi przecież o to, żeby kogoś zszokować, sprowadzić jego myśli na inne tory, zmusić do zastanowienia nad światem. Wyrwać ze stereotypów. Swoją skromną wiedzę rozszerzałem za pomocą Internetu, nieocenionego źródła wiedzy i wypowiedzi na każdy temat. Wiele było depresyjnych: ,,wpadłam i nie wiem co robić, pomóźcie bo chcę się zabić, rodzice mnie nie akceptują" i tak dalej. Ale trafiłem też na kilka pozytywnych zdań. Wiwat Internet! Może nikt nie skojarzy, że chodzi o dziewczynę z naszej szkoły, do tego już choćby dwa przykłady pozwoliły mi pisać w liczbie mnogiej, np.: ,,niektóre nastolatki uważają...". Prasa to jednak potęga, nie trzeba podawać źródeł, nikt mnie nie będzie pytał skąd to wiem, skąd ten temat. Tajemnica zawodowa, przykro mi, nie mogę nic powiedzieć i tak dalej. Ale nikt nie będzie pytał, o to byłem pewien. Aż tak dociekliwych ludzi to nie mam w mojej szlachetnej szkole. Więc siedziałem i pisałem. Potem włączyłem lampkę, noc zabrała mi widok na klawiaturę laptopa. Na fejsie pojawiały się kolejno teksty Weroniki, Dzidzi, Kamila i Monisi... Tym ostatnim wyszło całkiem przyzwoicie, moim zdaniem tylko jeden dowcip nie nadawał się dla ludzi. Widać było wyraźną cenzurę Monisi. Biedny Kamil, jego twórczość też została ograniczona. Tekst Weroniki był beznadziejnie poprawy, jak ta dziewczyna to robi, że pisze wiecznie bez polotu, wyobraźni i według reguł z podręcznika? Nie kusi jej czasami żeby dodać do formułki coś własnego, wkręcić jakiś indywidualny zwrot czy słowo? Nie mogłem doczytać do końca, w każdym razie wiem że rzeczywiście przeprowadziła wywiad z Kamilem, bo to go ostatnio po dragach gonili Indianie w niemieckich mundurach. I poza przytoczeniem jego wypowiedzi w całym artykule nie było nic ciekawego. Naczelny powinien dawno wypieprzyć ją z zespołu. Z jeszcze większym zacięciem przystąpiłem do kończenia mojego artykułu. Zostało mi jeszcze dosłownie kilka zdań, jakieś mądre podsumowanie, zazwyczaj mam z tym problem. Teraz niosło mnie jak na skrzydłach, to jest po prostu mój temat, moja działka. Mało brakowało a bym sobie rozwalił klawiaturę, tak szybko pisałam. Była północ, ostateczny termin wyznaczony przez Naczelnego, kiedy kliknąłem ,,wyślij" na fejsie i odetchnąłem z ulgą. Moje dzieło było skończone, ja byłem wykończony. I skończony pewnie też.
Przez weekend wegetowałem na tapczanie do nikogo nie pisząc, z nikim nie rozmawiając i w ogóle nie kontaktując się ze światem. Tylko raz starzy wyrwali mnie z Milką na spacer za miasto, ale byłem taki zamyślony, że prawie wpakowałem się do stawu. W niedzielę zacząłem się trochę denerwować, jakbym przewidywał, że właśnie ważą się losy mojego tekstu, dostarczonego w łapy Hrabiego. Może go cisnąć na śmietnik jak skórkę od banana, może zrobić mi aferę, ale może też go przyjąć, może całkiem niepotrzebnie się go bałem? Może zrozumie moje poglądy? A może całkiem oleje sprawę, nie zainteresuje się tematem, nie przeczyta nawet linijki? Jak się dokładniej zastanowić, całkowity brak zainteresowania byłby gorszy nawet niż wielka afera i odrzucenie tekstu, a nawet wywalenie z posady dziennikarza. Więc się miotałem. Na fejsie ani wiadomości, Naczelny w całej swej wredności nie napisał który tekst został przyjęty a który nie. Więc musiałem czekać... Miałem wrażenie, że ten jeden dzień trwał co najmniej kilka dni. Idąc w poniedziałek do szkoły nie wiedziałem, czy bardziej powinienem czuć ulgę czy strach. Jak na złość, czułem też szaloną ciekawość. W takim stanie jakiekolwiek skupienie się na lekcji było prawie niemożliwe, właściwie pierwszy raz od początku liceum cały polski siedziałem cicho. Polonistka śmiała się, że się zakochałem...Jej zawsze chodzą po głowie matrymonialne skojarzenia, bo, jak sama powiedziała, obecnie poluje na męża. Nie miałem jednak chęci zajmować się jej problemami z założeniem rodziny. W połowie lekcji do sali weszła Weronika.
-Dzień dobry, pani profesor.- powiedziała- czy mogę zwolnić na chwilę Roberta, Dzidzię,Monikę, Wacka i Kamila? Mamy zebranie kółka dziennikarskiego.
Ponieważ te nasze kółko liczyło się jako dodatkowe zajęcia z polskiego, do tego połowa z nas była najlepszymi uczniami z tego przedmiotu, polonistka nigdy nie robiła problemów. Mam wrażenie, że wręcz się ucieszyła z naszego zniknięcia. Wreszcie mogła włączyć do dyskusji resztę klasy, śpiącą do tej pory spokojnie.
-Znamy już co zostało a co odpadło?
Zapytałem nie ja, a Dzidzia.
-Tak.- Weronika jak zwykle była najlepiej poinformowana.- zaraz zobaczycie. Trzeba tylko zrobić korektę, po to was ściągnełam, bo nie zamierzam zmieniać waszych tekstów.
Weszliśmy do Piekiełka, kiedy Weronika puknęła się dłonią w czoło.
-Zapomniałam iść po Olę Smolińską! Ma teraz w sali numer 27, Wacek, skoczysz? Ja nie wyrabiam na tych schodach.
Wiedziałem, że ma problemy z kolanami, więc bez słowa zawróciłem i pognałem na piętro, a potem jeszcze na strych. Przez całą drogę szarpała mną niepewność- przyjęty czy odrzucony? Będzie afera czy nie? Boże, daj mi wreszcie odpowiedź bo zwariuję...
-Dobry!- rzuciłem, wchodząc do sali. Cała banda pierwszaków utkwiła we mnie spojrzenia. Mieli akurat francuski z tą nasza osławioną imprezowiczką.- Aleksandry potrzebuję. na kółko dziennikarskie.
Francuzina spojrzała na mnie podejrzliwie umalowanymi oczami. Była ubrana w szmatę tak dziwną, że w życiu nie nazwałbym tego ubraniem, leginsy i szpilki. Czy nauczycieli nie obowiązują jakieś normy przyzwoitości?
-Na pewno? Nie zamierzacie gdzieś zwiać?- zaśmiała się chrapliwie- dobra, niech idzie.
Ola zerwała się z krzesła. Poznałem, że siedząca obok niej dziewczyna to owa Karolina. Wzięła plecak i wyszliśmy z sali.
-Co się stało?- odważyła się zapytać Ola. Pewnie myślała, że właśnie zaczyna się afera.
-Po prostu musimy zrobić korektę.- wyjaśniłem- normalne postępowanie, tak jest zawsze.
-Ale ja nic nie pisałam.
-To nic, Redakcyja jest zawsze razem.
Trudno tłumaczyć komuś złożoność naszych stosunków, kiedy tam za tymi drzwiami być może ważą się moje losy. Najchętniej nic bym nie mówił, tylko pobiegł. Muszę się jednak zachowywać. Kiedy weszliśmy do sali, wszyscy pochylali się już nad swoimi tekstami, zakreślając długopisami błędy, pytając się o jakieś zwroty i przeklinając. Zwłaszcza wściekła była Dzidzia w której napisanym przymusem sprawozdaniu było pełno niedociągnięć.
-Gdzie mój?- zapytałem, widząc że na stole nie ma mojego wydruku. Naczelny spojrzał na mnie... chyba z pogardą. Tak, to najlepsze słowo. Jakbym był patentowym idiotą, jakimś nieważnym robakiem który zakłóca jego cenny czas.
-Nie sądziłeś chyba- powiedział- że to przejdzie?
A więc jednak! Wiedziałem! Nie, gdybym wiedział to bym tego nie pisał... Czyli nie wiedziałem. Czyli miałem nadzieję, że usłyszę coś innego. Dobra, jeden punkt programu już wykreślony. Teraz pora na drugi. Cały zespół lampi się na mnie, więc zachowuję kamienny wyraz twarzy.
-Hrabia nic nie mówił?- Pytam, siląc się na obojętność. Nie wiem właściwie dla kogo, oni i tak wiedzą jak bardzo mi na tym tekście zależało.
-Nie.
To jest dopiero dobijające. Zniósłbym jeszcze, gdyby Hrabia mnie zdegradował, zrobił awanturę i ogólny hałas wokół całej sprawy. Wtedy miałoby to jakis sens, miałbym motywację do dalszej walki: no bo jak to tak, można mieć przecież swoje poglądy, szkoła to nie więzienie, powinna panować wolność prasy i tak dalej. W sytuacji gdy ktoś cię atakuję masz całe mnóstwo ról które możesz przyjąć: jako sprawiedliwy skrzywdzony, jako bojownik o wolność, jako ofiara nietolerancji... Wiecie pewnie, choćby z mediów, jak ładnie i prosto można być ofiarą nietolerancji. Wystarczy jeden dowód i spora wyobraźnia. A tu kicha. Nic. Hrabia nawet nie był łaskaw zwrócić na mnie uwagi. Właściwie równie dobrze mógł odrzucić mój tekst ze wzglądu na rażącą ilość błędów, przez brak miejsca albo nagłe zepsucie się skrzynki meilowej, to milczenie wcale nie musi znaczyć że nie zgadza się z moimi poglądami. Co za głupia sytuacja! I co mam teraz robić? Najlepiej chyba spływać. W Redakcjy już mnie raczej nie chcą, dość zalazłem im za skórę i nie mogę nawet triumfować, że miałem rację. To się nazywa przegrać definytywnie! Jedynka bez możliwości poprawy, jak już jesteśmy przy szkole!
Przy tak tragicznym dla mnie rozwoju sprawy postanowiłem, jak już nie mogę wygrać, chociaż z honorem się wycofać. Spojrzałem na zespół- kurde, nigdy ich sobie nie wyobrażałem jako poważnych ludzi. Nigdy, ale to nigdy się nie kłóciliśmy. No to sorry, teraz już wiem że jestem zbyt pewna siebie gnidą, już mnie tu więcej nie zobaczycie. Zamierzam wycofać się w sposób skoordynowany i dyskretny, ale zatrzymuje mnie głos Naczelnego, bardzo wkurzony.
-No chyba cię pojebało!
Nie jestem pewien, do czego to się odnosi, ale dla pewności zatrzymuję się w pół kroku, bo Naczelny rzadko wyraża się w sposób nieparlamentarny.
-Wiesz ile mamy teraz roboty?- wścieka się on dalej- artykuł Dzidzi na dwie strony i to słaby, felieton Weroniki też dwie strony, Kamil i Monia jedna strona, kurde, czym my mamy zapełnić resztę? Natychmiast siadasz do laptopa i piszesz coś cholernie długiego, wszystko jedno co, bo do korekty już i tak nie zdążymy tego wziąć!
Baranieje totalnie, ponieważ stanowczo nie tego się spodziewałem. Posłusznie siadam do laptopa i zapala mi się lampka. Mogę jeszcze raz napisać mój felieton! A nawet, o bezczelności, mogę wejść na fejsa i ściągnąć starą wersję, tylko korekta i mam. I wtedy dopiero będzie afera jak to wyjdzie na jaw! Bo nie tylko że kontrowersyjny temat, to jeszcze wydrukowane bez zgody dyrektora, ba, może nawet tego nie przeczyta! Patrzę dyskretnie na Redakcyję i wzdychamy. Może nie wyglądam na szczególnie inteligentną osobę, może nawet jestem uparty jak osioł, ale nie popełniam dwa razy tego samego błędu. Jakaś mała część ich piątkowej argumentacji zaczyna do mnie przemawiać, zwłaszcza ta o odpowiedzialności zbiorowej. Zastygam jak pomnik nad laptopem, jak krzywo odlane dzieło sztuki nowoczesnej. Mam pustkę w głowie, przed sobą całkiem białą kartkę a czas płynie. Nie jest dobrze, określam sytuację i ową złota myśl zapisuję.
-Zły tytuł- słyszę nad sobą głos Dzidzi i jej czerwone włosy opadają mi na nos- ja bym wykreśliła to ,,nie".
-Jeszcze nie wiem o czym piszę- odpowiadam- trudno coś tak szybko wymyślić.
-Rusz głową- podpowiada Dzidzia- Napisz o pogodzie, nie wiem, o sporcie, o dupie Maryni, o jakiejś psychologii, ale dydaktycznie...
Trudno żebym nie posłuchał Dzidzi. Na ekranie wyskakują pierwsze literki i łączą się w całkiem zgrabny początek:
,,Rzecz zaczęła się w piątek..."

Kolejna fotka1104.jpg

 

 

PS. Na Rzeźni w najbliższym czasie nowy Kajtek!