Sztuki i banialuki

Gerard

Nie twierdzę,  że każdy musi mieć swojego Hipisa. W końcu może w ogóle go nie potrzebować, nie każdy zajmuje się pisaniem porypanych opowiadań i przetwarzaniem własnych ciuchów. Mi jednak Hipis jest wybitnie potrzebny (ta Hipis, nie ten Hipis, gwoli ścisłości. Na pewno znacie Hipisa z bloga Terra felix). Hipis jest niewyczerpanym źródłem dziwnych obrazków. Wystarczy zapytać, czy ma dla ciebie jakiś fajny motyw na właśnie pociętą bluzkę (próbowałam skroić sobie coś wakacyjnego...), a ona wyskakuje z jakimś tam rysunkiem z polskiego, który przedstawia... grunge potwora. Bardzo słodkiego grunge potwora. Koszulkę z nim pokażę wam kiedy indziej, jak już kupię białą farbę i poprawię mu oczodoły. Na razie przedstawiam opowiadanie, które strzeliło mnie jak grom z jasnego nieba podczas malowania. Głównym bohaterem jest nie kto inny, ale Grunge Potwór. 
     PS. Narysowałam jego dwie podobizny, każdą innym stylem, do oceny która lepsza. I jakby ktoś nie zauważył, zmieniłam nieco wygląd bloga. Tak, wiem że komentarzy nie widać, ale można je sobie oznaczyć, a czarne tło mi się definitywnie znudziło.
 
Jeżeli coś jest małe, okrągłe, puszyste i fioletowe, rzadko może liczyć na szacunek. Jeżeli do tego ma wielkie, fioletowe oczy, jest właściwie stracone dla wszystkich stanowisk przywódczych. Z litości nie wspomnę już o małych nóżkach w czerwonych trampkach i przekrzywionej na bakier czapce w kratkę. W dyplomacji, w polityce, ba, nawet w restauracji to stworzonko nie znajdzie zatrudnienia, zbyt trudno mu będzie pracować, kiedy wszystkie klientki będą chciały go pogłaskać. Może zapomnieć o karierze nauczyciela coś, co na katedrę trzeba wnosić. Żadna praca siłowa również nie wchodzi w grę, gdy nie ma się rąk tylko sprawne nogi i ostre kły. Jednym słowem, żaden angaż nie jest możliwy, trzeba by było go wysłać na bezrobocie. Dobrze, że U Nas tacy się nie zdarzają.
grunge potwór.jpg
    Gerard spojrzał na swojego gościa i ziewnął, odsłaniając kły prawie tak duże jak jego fioletowa puszystość. Owszem, miał kształt kuli obrośniętej futrem i był słodki, ale te zęby trochę onieśmielały. Łypnął jednym okiem i wbił ząb w puszkę z konserwą. Puścił się w ruch obrotowy i po chwili puszka stała otworem, ucięta równo jak laserem. A więc jednak do jednego się nadawał... Nie przejmując się zasadami gościnności pożarł zwartość po czym zeskoczył ze swojego posłania. Było one złożone głównie z szarego futra, które, jak się dowiedziałem, stracił wraz z dzieciństwem. Jeszcze parę lat i pozbędzie się tego oszałamiającego fioletu na rzecz dorosłego granatu, a potem starczej czerni. Im będzie starszy, tym więcej tej sfilcowanej sierści będzie zbierało się na jego legowisku. Gościłem u Gerarda i jego kumpli dość krótko, ale zdążyłem poznać niektóre ich obyczaje. Między innymi to, jak bardzo są aroganccy. Teraz również, puszysty fiolecik tylko mi mignął, kiedy Gerard wyleciał z chaty . Rzuciłem przepraszające spojrzenie dziennikarce  i pobiegłem za nim. Zniknął w gęstym, karłowatym lesie, więc chcąc nie chcąc musiałem zrezygnować z dumnej, pionowej postawy i czołgać się między drzewami, kierując się tupotem jego trampek. Wreszcie między kolczastymi krzakami zamigotała mi biel podeszwy. Wyciągnąłem rękę i chwyciłem ją, wywołując pisk z drugiej strony. Bez litości wyciągnąłem opierającego się zębami Gerarda. Drugą nogą próbował kopnąć mnie w zęby, ale miałem nad nim przewagę masową... Był nie większy od kota. Ugryźć się mnie nie ośmieli, zbyt mnie lubi ta arogancka i samodzielna kulka.
-Gerard, przecież ona nie chce nic wielkiego...- Wytłumaczyłem mu- chce tylko zrobić ci zdjęcie. Nigdy wcześniej cię nie widziała, a  jej kumple nie uwierzą jej, jak nie będzie miała fotografii. Tak jak twoi kumple nie wierzą, że złapałeś tego szczura, póki nie doniesiesz im ogona.
Spojrzał na mnie niepewnie, ale zdjął zęby z drzewka którego się trzymał. Puściłem jego but i zacząłem przedzierać się w stronę wioski.
   Muszę przyznać, że byłem tu na dość dziwnych prawach. Może i Gerard nie miał mi za złe, że sprowadziłem mu na głowę moją ,,przyjaciółkę” (nigdy tej gościówy nie widziałem, ale Gerard łapie tylko znaczenie przyjaźni, za nic- biznesu ), może trochę nadużyłem jego przyjaźń? Dziwna jest sprawa z tymi istotami, które nie mają nawet nazwy. Nie wymyślili sobie. Mówią po prostu: przyjaciele. Na początku zdziwiło mnie, że to takie proste, że nie czują jakiejś potrzeby określenia się...W końcu przyjaciółmi nazywają też wszystkie inne stworzenia, nawet szczury które jedzą. Nie mają potrzeby odróżnienia się od bezmyślnych szczurów, od całkiem oddanych im psów, od ryb, od ptaków, od niczego! Dobrze chociaż, że kumali różnicę między nimi a drzewami, aczkolwiek widziałem kumpli Gerarda gadających do liści albo tulących się do pni, zwłaszcza tych młodszych. Muszę go zapytać, czy to taki zwyczaj, czy po prostu wychodzi ich uwielbienie do przytulania się. Bo że to kochają, nie mam wątpliwości. Nawet teraz, idąc przez wioskę czuję, że coś pakuje mi się do kieszeni. Teraz o nim zapomnę, wieczorem zdejmę kurtkę, a jak rano będę chciał się ubrać, ten szary spryciarz będzie spał w moich spodniach. I to z dziesiątką kumpli, których wpuścił oknem. Na szczęście wraz ze zgubieniem szarego futerka trochę im to przechodziło! Ogólnie są bardzo miłe, ale nie sposób ich do niczego zmusić. Skoro Gerard szedł za mną, nie był tak bardzo wkurzony ani oburzony.
     Weszliśmy do chaty. Jeżeli jest się wielkości kota nie trzeba budować dużych domów, więc zbudowałem ją sobie sam, wzbudzając niesamowite zainteresowanie. Niektóre szare maluchy we własnych zębach przynosiły mi patyki oczekując, że umieszczę je w budowli...Nie miałem serca ich zawieść, więc wszystko to sumiennie użyłem do dekoracji wnętrza. Dlatego wyglądało to tak dziwnie. Stół też zbiłem sam, w komplecie z taboretami. Teraz na jednym z tych moich wyrobów siedziała elegancko ubrana babki i miała wyraźnego zeza. Otóż jednym okiem podpatrywała, jak wielkie oczko w rajstopach zrobiło jej się od nieheblowanego drewna, a drugim obserwowała dwie szare kulki, które umościły się w jej dekolcie. Dla mnie było to całkiem naturalne, ale ona miała minę, jakby siedziała na dwóch pociskach przeciwczołgowych.
-Wyraził zgodę, może pani fotografować- powiedziałem.- Ale nie życzę sobie zbytniego rozgłosu, ta wiadomość ma trafić tylko do wyspecjalizowanej prasy naukowej, rozumie pani? Nie chcę tu tabunów turystów.
Kiwnęła głową i ostrożnie wyciągnęła aparat. Jeden z szarych kłębków ziewnął.
-Im też może pani zrobić fotkę.
Powiedziałem. Spojrzała na mnie krzywo.
-Czy te stworzenia nie mogę się usunąć?- zapytała- długo będą tak siedzieć?
- Nie wiem, raczej tak. Mi siedzą w kieszeni nawet cały dzień.
Wyciągnęła notes.
-Mógłby pan trochę o nich opowiedzieć? Jak je pan nazwał?
-Że co? Niby dlaczego miałbym im nadawać nazwę? One same nazywają się przyjaciółmi.
-O, to znaczy, że potrafią mówić?- zapytała podekscytowana
-Nie, porozumiewają się raczej mową gestów...A ja je interpretuję. Ale rozumieją moje słowa, tak mi się wydaje. Albo gesty. Widzi pani?
Gerard siedział do tej pory na stole i ziewał. Lekko dotknąłem jego futerka i wskazałem na legowisko, a  potem na aparat. Uśmiechnąłem się lekko. Gerard rozważył sprawę, po czym wyszczerzył zęby i poleciał wypełniać zadania. Chwycił swoje posłanie, przeniósł na stół i rozłożył się na nim nonszalancko. Potem o czymś sobie przypomniał, podbiegł do mnie i zaczął grzebać mi po kieszeniach.
-Co on robi?
-Poprosiłem go, żeby pozował do zdjęcia- odparłem- widocznie wpadł na coś ciekawego.
O tak, miał pomysł... Wynalazł gdzieś w mojej kieszeni ostatniego papierosa i z nim w zębach wrócił do swojej nonszalanckiej pozy w kłębach szarego futerka. Potem spojrzał sugestywnie na aparat. Ponieważ dziennikarka oniemiała, wyciągnąłem sprzęt i szybko pyknąłem mu kilka fotek. Nieźle wyglądał z fajką, kratkowaną czapeczką i w tych swoich trampkach.
-Trafisz na pierwszą stronę, Gerard- powiedziałem mu- rozumiesz? Będziesz...wieelki.
Zobrazowałem gestem ramion, jak bardzo wielką będzie kulką. Na pewno zrozumiał.
-Jest pan tego taki pewien- dziennikarka podsunęła mi pod nos dyktafon, budząc kilka szarych kulek tym nagłym ruchem- że to stworzenia inteligentne. Jak by pan określił ich inteligencję?
-Jako prawie ludzką- uściśliłem- myślę, że mają zdolność logicznego myślenia, pamiętają, myślą, nie kierują się tylko i wyłącznie instynktem. Potrafią podejmować decyzje, budować, nawet pisać, oczywiście mowa znaków.
-Jak to wygląda?
Narysowałem patykiem na ziemi kulkę z zębami. Gerard spojrzał na mnie, zeskoczył ze stołu i pognał po swój patyk.
-Widzisz? Ta kulka oznacza jakiegoś z przyjaciół. Jeżeli dorysuję mu czapkę, będzie to Gerard. Teraz strzałki w prawo oznaczające ruch i kilka pionowych kresek jako drzewa. Nie trzeba być dobrym rysownikiem żeby poznały, o co ci chodzi. Wszystkie te znaki są umówione, część one mi pokazały, część ja im.
gerardek.jpg
Gerard wrócił z patykiem w wyszczerzonych zębach. Zawsze kiedy mu na czymś zależało, zdawał się świecić i błyszczeć z radości i biegł, jakby unosił się nad ziemią. Doskoczył do mojego rysunku i zaczął produkować swój, wyginając fioletowe ciało w najbardziej nieprawdopodobne pozycje. Pierwszy obrazek przedstawiał jego samego. Kolejny był strzałkami, małymi, więc strzałkami chodu (im dłuższe, tym szybciej się porusza postać) a na końcu narysował chaotyczne kreski, znak jego legowiska.
-Widzi pani- zawołałem- ja mu zasugerowałem, że ma pobiec do lasu, a on mi odpowiedział, że wolałby pójść spać!
Chwyciłem patyk i przekreśliłem rysunek kulki. Łypnął na mnie obrażony i ziewnął sugestywnie.
- Powiedziałem mu, że jego plany nie są ważne, nie liczą się. Trochę się wkurzył, ale nie za bardzo, jak pani widzi.
-Fascynujące!- Robiła zdjęcia rysunkom. Kiedy się pochyliła, szara kulka wypadła z jej dekoltu i oszołomiona spadła na ziemię. Rozejrzała się, mlasnęła wkurzona i poszła w swoją stronę. Jak one kochają mlaskać! Wyrażają tym właściwie wszystkie emocje.
-Jak pan znalazł kolonię tych niesamowitych stworzeń?- Zapytała dziennikarka- To naprawdę niebanalne odkrycie! Myśleliśmy, że już nic nowego na Ziemi nie znajdziemy!
-Proszę pani, to świadczy tylko o naszej bezmyślności. Dwieście kilometrów stąd- a co to jest w tych czasach dwieście kilometrów!- jest plaża, na której aż roi się od turystów żądnych wypoczynku na egzotycznej wyspie. Sto kilometrów stąd kończy się najdłuższa ścieżka turystyczna w głąb wyspy. Nikomu, ale to nikomu nie chciało się dokładniej obejrzeć tych terenów, ukrytych między dwoma skalnymi urwiskami. Przelecieli helikopterem, zrobili zdjęcie koronom drzew i na tym skończyły się badania! Ja jedyny wykazałem się taką ciekawością, by zboczyć z utartej ścieżki i zapuścić się w głąb dżungli...
-Niesamowite...
-Widzi pani, jest jeszcze wiele białych plam na świecie, a wszystkie wynikają z naszego braku ciekawości. Możemy mijać je codziennie, a nigdy nie spojrzymy w głąb, nigdy nie przejdziemy przez płot odgradzający ścieżkę od dżungli i nie staniemy na dzikim lądzie. Brakuje nam odwagi, proszę pani. Mi nie brakowało i mam rekompensatę w postaci przyjaźni z Gerardem i jego przyjaciółmi- pogłaskałem kulkę- pani koledzy też wzgardzili moimi wiadomościami i nie chcieli tu przyjechać. Pani jedna się odważyła.
-Nie jest łatwo się tu dostać.
- Ale można!
Gerard obudził się (jak on dał radę tak szybko zasnąć??) i ziewnął tak szeroko, że cała klawiatura jego pokaźnych zębów znalazła się na widoku. Pstryk zdjęcie. Jedno zdjęcie, myślę, że naprawdę dobre. Ma się refleks. Niestety, chyba walnąłem go po ślepiach lampą błyskową, ponieważ zamykając pysk, wbił kilka zębów w moją dłoń. Syknąłem i szarpnąłem rękę...
   ...w tym momencie otworzyłem oczy i zobaczyłem nad swoją twarzą bardzo wkurzoną mordę mojego kota w max powiększeniu. To jego zęby zacisnęły się na mojej ręce, wystającej spod koca. Musiał być głodny, skubany. Jeszcze raz rzucił mi pogardliwe spojrzenie, otarł mi się tyłkiem o nos i zeskoczył lekko. Wcisnąłem twarz w poduszkę. Co wczoraj czytałem? No tak, podręcznik do geografii... Dzisiaj praca klasowa, pewnie umrę. Trzeba będzie sprawdzić dokładnie mapę Pacyfiku. Może gdzieś tam daleko, hen za horyzont, jest ta wyspa? Jaka musiałaby być duża? Gdzie powinien być umiejscowiony łańcuch gór? Trzeba sprawdzić!
Na razie do szkoły.
...do szkoły.
...szkoły...
 
 
 
 
Część dalsza nie występuje. 
Zainteresowanych przeganiam na Rzeźnię, ja tam wcale nie umieram!