Sztuki i banialuki

Optymistycznie o duchach, koncertach i tym co tworzy mieszankę życia.

Witam w ostatnim dniu 10 miesięcy szumnie zwanych rokiem szkolnym. Jutro kończę pierwszy rok w liceum..

Na ostatni dzwonek opowiastka o duchach, która w różnych odmianach gniotła się na moim dysku chyba od roku. dzisiaj ja przeczytałam, stwierdziłam że jest zabawna, poprawiłam... Więc wrzucam... Musiałam podzielić na dwa, bo bloog.pl uważa się chyba za serwis dla idiotów którzy nie potrafią przeczytać więcej niż 3000 znaków. 

 

Czujecie?

Czujecie klimat?

Na dworze nie jest może tak super jak powinno być i pogoda nie dopisuje tak jak powinna, ale czuć coś w powietrzu. Tak jakby maki już zakwitły, tak jakby kasztany już przekwitły, tak jakby maturzyści już się zmyli ze szkółki, tak jakby przyszli pierwszacy już latali ze świadectwami. Coś tak jakby ci mówi, że zbliża się pora siedzenie przed kompem bez ograniczeń, włóczenia się po mieście, łażenia na festiwale i, w niektórych przypadkach, picia piwa pod blokiem. Coś tak jakby wakacje, co nie? Czerwona cegła, ławka ze znakiem anarchii który sam wydziobałeś długopisem, brudne okna i terkoczący dzwonek przestają pasować ci do życiorysu. Niestety, kalendarz woła, że jeszcze parę dni, może tygodni...

    Wobec braku nadziei co do własnej szkoły, Cez nie pozostało nic innego jak zaopatrzyć się w odpowiedni zapas ołówków i jeden wolny zeszyt do ,,zajęć artystycznych”. Był to przedmiot który organizowała sobie sama, i, paradoksalnie, miała z niego najlepsze oceny. Oczywiście jeżeli brak ocen uznać za ocenę. W gimnazjum próbowała również rzeźbić z mydła, ale okazało się że jej talent idzie raczej w kierunku ucięcia sobie palca niż wyprodukowania Piety. Ostatnio wzięła się za haftowanie.  Całkiem nieźle jej szło, miała już pół ,,buźki” Nirvany i była z siebie niezwykle zadowolona.

-Cez?

Chyba została właśnie o coś zapytana. Sytuacja była niezmiernie dziwna, ponieważ trwała właśnie przerwa i żaden nauczyciel nie miał prawa się do niej doczepić.

-No?

Skoro nie nauczyciel, to jakiś namolny typ który ma sprawę. Polski, matmę, konkurs, cokolwiek do czego potrzebny jest mózg i ręce Cez. Ostatnio musiała rysować portret Kubusia Puchatka, bo dziewczyna kumpla sobie zażyczyła a on za cholerę nie umiał rysować. A co tam, narysowała. Może jej się to kiedyś przyda.

-No co pytam?

Skoro już zaczęła mówić to podniosła głowę znad robótki. No ładnie. Nie żaden klasowy ciołek tylko ten psycho-fan Nirvany z wyższej klasy. Gość słynął z tego że całe przerwy stał w kącie i śmiał się do siebie. Wieść gminna niosła, że przeżywał on wtedy swoje drugie życie. I raczej było lepsze od pierwszego, zdecydowanie było lepsze! Musiało być cudowne, szkoda tylko że z nikim się nim nie podzielił. Może właśnie chciał się z nią podzielić? Niech gada, ale po co siada obok niej? Czyżby nie wiedział, że Cez gryzie?

-Mam sprawę do ciebie.- powiedział trochę niewyraźnie. Miał wadę wymowy. Cały był z wad. Długie, zbyt cienkie włosy z kosmykami opadającymi na oczy i przyklejającym się do czoła. Za wysoki. Zbyt zgarbiony. Poszarzały i blady, w okularach z  grubymi, czarnymi oprawkami, nieprzyjemnie kontrastującymi z białą twarzą. Do tego chyba jakiś chorobliwie nieśmiały.

-Do mnie? Czemu do mnie? Z trudem cię kojarzę, koleś.

-Kumple mówią do mnie Andy.

Więc chociaż ma kumpli....Chyba wymyślonych.

-Widzisz, chciałbym cię zaprosić w jedno miejsce.

Zastanowiła się, jak to jest się skichać ze złości. W każdym razie jeszcze jeden głupawy tekst i to zrobi. Wyczuła w tym jakiś głupi żart, może Trójca postanowiła zabawić się jej kosztem?

Dzwonek zaczął ryczeć swoją stałą melodyjkę. Andy zrozumiał, że musi się streścić.

-Proszę cię bardzo, przyjdź dzisiaj o ósmej na Czarną Drogę, obok tego spalonego drzewa! Tylko weź te spodnie które masz na sobie, dobrze?

-Kurde, spadaj zboczeńcu!

Prychnęła i wstała z ławki. Musiała jeszcze wejść na strych do swojej sali. Na szczęście ich wychowawca, Jimmy, i tak zawsze się spóźniał. Wybaczali mu to bez problemów. Był nietuzinkową postacią w szkolnym systemie. Grał z biologicą i kilkoma kumplami w zespole rockowym o wiele mówiącej nazwie ,,Kochanowski gada”, nosił długie pióra i kochał robić im dowcipy. W kącie ich sali wychowawczej (a jednocześnie sali do polskiego, był bowiem polonistą) stała na wieki jedna z jego gitar, czerwona ,,strzała” i co śmielsi uczniowie próbowali na niej po kryjomu grać, albo choć narysować coś nieprzyzwoitego.  Co pewien czas Jimmy łapał swoja strzałę i brzdąkał sobie grzecznie, do czasu zauważenia nowych napisów. Wtedy ogarniał go amok i próbował zemścić się na sprawcach, tradycyjnie niewykrywalnych.

Był akurat drugi dzień po koncercie, czyli najlepszy dzień dla psychiki Jimmy’ego. Pozbył się już wczorajszego kaca, za to przypomniał sobie wspaniałe chwile swojego występu i rozpamiętywał je przez cała lekcję. Niektóre szczegóły przypominali mu jego wychowankowie, których znaczna część na koncercie była, w tym Pati jako techniczny.

-Czołem, żyrafy! Czy to godzina wychowawcza czy polski?

-Godzina, panie profesorze!

-Hm, a co było wczoraj?

Jimmy zaczął pośpiesznie wertować dziennik. Potem spojrzał na okładkę i zauważył że należy on do 3a, tymczasem przed nim siedzi 2b. W tym momencie wystąpił starosta klasy, szkolnej sławy perkusista i techniczny w jednym, czyli Pati.

-Wczoraj był polski i pan profesor niesłusznie wpisał Markowi i Baśce jedynki!

-Niesłusznie? Niemożliwe! Za co niby? Kazik, fruń po wasz dziennik!

Jimmy nie ogarniał tego chaosu. Tym łatwiej było go przekabacić.

-Niesłusznie, ponieważ zapytał pan ich o coś czego nie było na lekcji.

-Na serio nie przerabialiśmy ,,Snu” Kochanowskiego? Nie? To pyknijcie go w domu, a teraz godzina. Aha, raz wam daruje te pały...Ale z następnego sprawdzianu ma być piątka, bo inaczej zmienię zdanie co do waszej inteligencji.

Do tej pory Cez słuchała jednym uchem, ponieważ rozterki Jimmy’ego znała na pamięć, podobnie jak scenariusz dialogów z nim. Ale naraz zszedł na interesujące tory. A raczej zaczął mówić o niej.

-Cez, złoto, co ty rysowałaś na angielskim? Podobno jakieś obsceniczne obrazki! Ha, czy wiesz co to znaczy obsceniczne?

-Wiem- odparła z niezmąconym spokojem- na angielskim wykonywałam rysunki na zamówienie, nic na to nie poradzę.

- Każdy orze jak może- stwierdził filozoficznie.- Mamy jakieś ważne sprawy jeszcze? I gdzie jest Kazik? No tak, zapomniałem! Pani dyrektor kazała was ostrzec żebyście nie chodzili za często Czarną Drogą. Podobno działają tam jacyś handlarze narkotyków, a wiecie że jako młodzież musicie szczególnie uważać....poczekajcie, zapomniałem ten fragment...a, na pokusy złego świata, bo to wcale nie jest dobre rozwiązanie....coś tam jeszcze było że nie możecie lekkomyślnie marnować sobie życia czy co. Słyszysz, Ania?  Koniec z przychodzeniem do szkoły na haju. Nałogi to zło, pamiętajcie.

-Hm...

Klasa spojrzała na niego z delikatnym lekceważeniem. Wyszedł bardzo mało autentycznie w tej przemowie. Za to bardzo zaciekawił Cez. Do tego stopnia, że nawet przestała oglądać swoje dżinsy. Całkiem zwykłe dżinsy. Owszem, miały jedną czy trzy dziury, starannie wyrzezane pumeksem, może przyszyła do nich ze dwie naszywki z Nirvaną, ale były całkiem zwykłe! O co temu typowi chodziło? Cez była realistką i nawet nie wymyślała scenariuszy typu: zakochał się nagle, szaleje za nią, jest wybrana przez los wśród tysięcy by ratować świat, itd. itp.… Niestety, bardziej pasował scenariusz: chce ją w coś wrobić. W jakieś paskudne, ciemne i lepkie sprawki. Całkiem odruchowo zaczęła to rysować. Jimmy wpadł już w swój słowotok, nie ma co się nim przejmować. Kochanowskiego przerabiali, jego ulubieńca i idola.

do opowieści o duchach- Cez.bmp

     O ósmej wieczorem czaiła się pod tym przeklętym drzewem, ściskając w ręku swój wielofunkcyjny nóż. Był to wspaniały przykład noża, sprężynowy, w czarnej obudowie, regularnie ostrzony. Zazwyczaj temperowała nim ołówki, ale również kroiła jedzenie, obierała jabłka, rzeźbiła, straszyła koleżanki i próbowała golić nogi. W razie potrzeby czuła, że potrafiłaby przeciąć nim kogoś na pół. Widok krwi jakoś jej nie przerażał, a empatię miała tylko dla ludzi których lubiła. Do tego czuła się bezpieczniej, trzymając ostrze w ręku. Nawet schodząc w nocy do kuchni brała go ze sobą, na wypadek gdyby za drzwiami czaił się w ciemnościach potwór. Druga rzeczą która działała na nią uspokajająco była bliskość drzewa. Przytulona do białej, spalonej od uderzenia pioruna kory czuła się jaki w domu, jakby była jakimś zrypanym elfem czy co tam mieszka podobno w drzewach. Aha, i spodnie miała inne, choć bardzo podobne do tamtych. Nie będzie jej jakiś dupek rozkazywał.

     Chyba że nikt nie przyjdzie. Powoli zaczynało się na to zanosić. Odjechał pociąg do Inowrocławia, odjechał pośpiech do Torunia... stacji stąd nie widziała, ale poznawała pociągi sunące po niedalekich torach. Arrivę i Regio rozróżniała nawet po układzie świateł. W końcu mieszkała przy torach od dziecka i jej mama pracowała na kolei. Właśnie siedziała w okienku kasy na pobliskim dworcu głównym. Dosłownie sto metrów i Cez może ja odwiedzić. Może schować nóż do kieszeni i rzucić to wszystko w diabły. Oczywiście tego nie zrobi. Skoro przyszła, to znaczy że musi być ciekawa jak cholera.

   Wreszcie na Czarnej Drodze zamajaczyła znajoma postać. Wysoka i chuda jak tyczka, wykrzywiona w jedną stronę- to może być tylko Andy, nikt inny tak nie łazi. Schowała nóż do kieszeni i wyszła zza drzewa. Pozna ją? Pewnie. Zmiany spodni nawet nie zauważył w tych ciemnościach.

-To ty? No widzisz, jestem kurde. A teraz wykładzik o co biega, bo już nas Jimmy straszył.- Powiedziała z niesamowita prędkością, wręcz przygniatając chłopaka spółgłoskami.

 -Y, właśnie chciałem ci to powiedzieć...

-Super! Nie będę musiała wyciągać najważniejszych odpowiedzi siłą!

Ironizowała ile wlezie. Nie, wcale się nie boi. Wcale nie jest tu tak ciemno.

-Chciałem ci powiedzieć że chcieliśmy przyjąć cię do naszego stowarzyszenia. Jesteś nam bardzo potrzebna.

-Może na ofiarę, kurna?

-Nie. Co prawda szefunio kazał mi to przekazać językiem mrocznym i niepokojącym, ale chyba trochę przegiął pałę...więc tak po prostu powiem... Chcemy wywoływać duchy. Ale potrzebujemy medium.

-Możesz powtórzyć?

Miała wrażenie że się przesłyszała. Miało być tajemne stowarzyszenie, a jest banda nastolatków wywołująca duchy! Żądam zwrotu pieniędzy!

-Chcemy, żebyś była medium. Rozumiesz, do tej roli potrzeba dziewczyny. A w stowarzyszeniu żadnej nie ma. Musieliśmy kogoś wypożyczyć.

-A czemu ja?

Niech chociaż tu powie że dlatego bo była najpiękniejsza, najbardziej odpowiednia i owiana tajemnicą.

-Bo tylko twoje imię znamy. Masz je wypisane na spodniach.

-Kuurde....- To już było za wiele. Za dużo prozy życia- wiecie że medium może być też facet? Mamy równouprawnienie, kurde!

Wyglądał na zmieszanego, o ile dało się ocenić zza włosów i przy świetle jednej marnej lampy.

-No ale skoro już jesteś... Z dziewczyną na pewno pójdzie lepiej, bo nas duchy się chyba boją.

-Ciekawe dlaczego...

 O ile duchy zachowały poczucie estetyki, powinny zwiewać przed Andym całymi chmarami, tratując się po drodze. Co nie zmienia faktu, że było to wredne i chłopak chyba się zasmucił.

-Ale zgadzasz się?

-Tak!  Ale tu zaraz pracuje moja mama, jak mi się nie spodoba to idę do niej, łapiesz? A może mi się nie spodobać, bo chce mi się spać a duchami interesuję się średnio.

-Tym zainteresujesz się na pewno. Nie chcemy ducha pierwszego lepszego dziada.

-To kogo?

-Kurta Cobaina.

 *

 Kolejnej części tej imprezy się całkowicie nie spodziewała. No bo gdzie niby takie nerdy mogą się spotykać? Pewnie u kolegi na chacie, żeby było blisko do konsoli i radia.  W ciepełku,  z mamusią kolegi na karku. Znała się trochę na tych klimatach, była bowiem jeszcze w gimbazie na takiej ,,imprezce”. Cez miała jakieś takie szczęście, że przyciągała z daleka wszelkich frajerów i ofiary losu. Za to ludzie sukcesu, lubiani, bali się jej jak ognia. Była zbyt pewna siebie, zbyt indywidualna. Za często robiła to na co miała ochotę. Dlatego, mając w pamięci wspomnienia z tamtej imprezy, przeżyła niezły szok kiedy Andy pokazał jej dalszą drogę- w głąb ścieżki idącej wzdłuż torów. Można by to nazwać poprowadzeniem- ale lepiej pasuje określenie ,,delikatnie zasugerował by udała się w tym a nie w innym kierunku”. Po czym przeskoczył obok niej niczym łania i podszedł do tkwiących w murze drzwi.

    Minutka wytłumaczenia. Czarna droga była ścieżką mocno ograniczoną. Na tym etapie z lewej strony pchały się na nią bujne krzewy, z kolei z lewej napierały bokami budynki administracji kolejowej. Choć budynki to dużo powiedziane- były to jakieś zapomniane ruiny dawnej świetności, potworny bałagan, dzieło całych pokoleń grafficiarzy zapomniane przez Boga, ludzi i kolej. I właśnie w tym murze tkwiły żelazne, pobazgrane drzwi. Zazwyczaj nikt nie zwracał na nie uwagi, ponieważ zdawały się prowadzić do nikąd. Ot, drzwi przyczepione do muru, pewnie się gdzieś walały i przeszkadzały. A tu nagle za pomocą klucza Andy dał im nowe życie- zaskrzypiały potężnie i otworzyły się. Nie prowadziły do nikąd.

    Cez weszła do niewielkiego, brudnego jak wszyscy diabli korytarzyka i poczuła się jakby wchodziła do innego wymiaru. Wnętrze w którym się znalazła nie przypominało niczego spotykanego nowocześnie. Ceglane, nieotynkowane ściany pokryte były kilometrami plakatów z zespołami rockowymi. Podłoga została wylana betonem i pomalowana na czarno (albo po prostu taka brudna.) Przy ścianach stały może ze dwie czarne szafki wypełnione płytami, obok rozwalona do połowy gitara, cała gitara, gryf od basu, kadłub basu i dwa bębny w stanie idealnym. Na środku pomieszczenia stał stół, zawalony szklankami, soczkami i radiem. Krzeseł było kilka, za to nie w najlepszym stanie.

   Tyle co do pomieszczenia. Poznając przebywających w nim ludzi, Cez westchnęła. Sprawdziły się jej podejrzenia- trafiła na imprezę nerdów. Rockowych nerdów, co najlepsze. Wszystkich tych ludzi znała ze szkoły: podpierali ściany, słuchali w kącie muzyki, odrabiali zadania domowe w szkolnym kiblu. Nigdy z nikim nie gadali, nie mieli przyjaciół ani znajomych. Byli jak elementy szkolnego krajobrazu. ,,Właściwie” pomyślała smętnie ,,z moim szczęściem to oczywiste że nie trafiłabym na imprezę hipsterów. Jedyny plus jest taki, że tu na pewno dostane jakąś dobrą herbatkę”.

               Przez chwilę czuła się jak Małgorzata na balu- kiedy podchodzili do niej obcy ludzie, wymieniali swoje nazwiska (obyło się na szczęście bez całowania) a Andy opisywał ich jednym zdaniem. Celnym zdaniem. Tak więc wysoki blondyn w okularach okazał się Markiem, najlepszym nerdo-gitarzystą wszechczasów.  Chudy jak szczapa basista nazywał się Bio i przydawał się do wieszania plakatów w wysoko położonych miejscach. Potem Aleks, zwany popularnie szefunio, przyszły zawodowy dyrektor. Muzy, nijaki brunet parający się poezją której jeszcze nikt, włącznie z autorem nie zrozumiał.  Oraz oczywiście Andy, czyli, jak określiła go zgodnie grupa, najwybitniejszy pseudo- malarz stulecia. Jeszcze żadnego obrazu nie namalował przy użyciu rąk.

-Wszystkie moje działa- wyjaśnił z uśmiechem- znajdują się na ścianie w naszym kibelku, który również tu mamy. Nie przestrasz się jak tam pójdziesz.

Obiecała sobie że nawet tam nie zajrzy. Wcale nie uśmiechała jej się wizja długotrwałych i natrętnych koszmarów nocnych, a malarstwo bardzo silnie na nią działało. Chociaż, skoro zgodziła się na wywoływanie duchów, chyba już nie było z nią najlepiej.

-Na czym polega bycie medium?- zapytała lekko zaniepokojona- nie zgadzam się na żadne seanse ze środkami psychodelicznymi.

-Żeby to było takie łatwe- westchnął Marek- Nie, po prostu zadajesz duchowi pytania. Oczywiście jak już go wywołasz.  A on odpowiada przez talerzyk, który kręci się po brystolu z wypisanymi literami. Bio właśnie go szykuje.

Basista z zapałem rysował idealnie równe koło na papierze. Na pewno był z mat-fizu. Nikt inny nie mógłby być tak dokładny.

-Gdzie są świeczki? Muzy, dawaj zapalniczkę. Wiem że masz!

Andy niezdarnie zapalał świeczki, nie mogąc dojść do ładu z pożyczoną zapalniczką.

-Widać, że nie palisz- stwierdził Muzy, wyrywając mu urządzenie i najpierw zapalając sobie papierosa, a potem wszystkie świeczki. – Kuźwa, wyglądają jak zrobione z człowieka. Pani pali?

-Nie- odparła- ale mi to nie przeszkadza.

Tego gościa spotykała często na korytarzu. Łaził ubrany w jakieś ohydne szmaty, wiecznie ze spuszczoną głową i milczący.

   Brystol z trzaskiem wylądował na stole, a którego niedbale zsunęli wszystko na podłogę. Stanęli dookoła niego. Ktoś położył na środku talerzyk z narysowaną na brzegu kreseczką.

-Ty musisz usiąść pierwsza, tak czytałem.

Wytłumaczył Szefunio. Usiadła niepewnie, spodziewając się że krzesło owo dawno nie było czyszczone.  Nikła nadzieja, że się nie przyklei. Położyła rękę na potwornie wyszczerbionym talerzyku i prawie przewróciła świeczkę.

-Nie spalcie tej budy, kurde. To by była straszliwa strata- zaznaczył Marek. – Cez, masz do wypowiedzenia jedno proste zdanko. Takim jakimś odpowiednim głosem zawołaj ,,Duchu największego muzyka wszechczasów, przybądź”.

-Nie można po prostu po nazwisku?

-No co ty! Duchy nie mają imion.- Marek był widocznie znawcą tematu, bo święcie się oburzył.- Ale pamiętają kim były za życia, oraz tak jakby odczytują nasze myśli. I bądź tak miła i powtórz to potem po angielsku. Nie jesteśmy pewni co do języka poza ziemskiego.

Poczuła powagę tej chwili. Ciemne, chłodne pomieszczenie o zapachu piwnicy, migotliwe światło świec, dym papierosowy- to wszystko tworzyło naprawdę niezłą atmosferkę. Gdyby była duchem to by się skusiła. Wzięła głęboki oddech i powiedziała z mocą przykazaną frazę.

    Nic się nie zmieniło. Talerzyk ani drgnął. W pięciu parach wlepionych w nią oczu widać było rozczarowanie. Powtórzyła jeszcze raz, tym razem po angielsku i ściszając na końcu głos, by wyszło z tego tajemne wycie.

Nic.

Próbowała sączyć słowa jak górski strumień.

Nic.

Ryknęła jak trąba jerychońska.

Nic.

Wyszeptała głosem przyszłego samobójcy.

Nic.

Rozczarowanie było wręcz czuć w powietrzu. Muzy zaczął pisać coś na brystolu. Szefunio wściekał się bez głosu. Andy był po prostu rozczarowany. Dwaj muzycy naradzali się ze sobą szeptem. Potem jednocześnie wstali i sięgnęli po instrumenty. Bio znalazł nawet gdzieś cały bas. Chwilę męczyli się z kablami i piecykami, aż wreszcie zabrzmiała muzyka- jak na takie małe pomieszczenie bardzo głośna i przenikliwa. Cez poznała ,,Smeel like to spirits”. Właściwie trudno było nie poznać, bo grali dobrze.

    Pośpiesznie położyła rękę na talerzyku i w odpowiednim momencie zaczęła śpiewać. Oczywiście nie słowa piosenki ale kwestie którą tak usilnie próbowała wezwać ducha. Nie była to najlepsza improwizacja w historii, ale też Cez nie miała najlepszego głosu, raczej bardzo typowy. Ale się starała bardzo gracko wyć, wyć jak wilk z chrypą, wyć jak gitara na efektach- no wiecie jak. Tak żeby szyby wypadały. Kiedy wywyła polską wersję, talerzyk wreszcie się poruszył.

    Wszyscy zamarli, łącznie z grającymi. Przerwali wręcz w tym samym momencie, jakby niewidzialna siła stłumiła im struny. Wszyscy z epicko otwartymi gębami patrzyli na talerzyk, którzy przesuwał się powoli od jednej litery do drugiej, tworząc napis: J-E-S-T-E-M.

-Oż kuźwa....

Ale duch na tym nie poprzestał.

Z-Ł-Y-D-Ź-W-I-Ę-K-W-R-E-F-R-E-N-I-E.-P-O-P-R-A-W-I-Ć-T-O-D-O-C-H-O-L-E-R-Y.

Marek aż się zatchnął. Jeszcze nigdy żaden duch nie krytykował jego gry na gitarze.

-Powiedz mu żeby się walił!

S-A-M-S-I-Ę-W-A-L

Duch był widocznie łaskaw rozmawiać z ludźmi każdej płci. Ruszyli więc z falą pytań.

-Jak się nazywasz, duchu?

O to zapytała Cez. Tak dla formalności.

K-R-Z-Y-S-I-U

Razem i wspólnie ich zatkało. Byli tak zdziwieni jakby ducha zobaczyli.... Co tu robi jakiś Krzysiu, będący najwyraźniej Polakiem?

-Y, jesteś pewien że nie pomyliłeś się?- zapytała Cez- Chyba nie ciebie wzywaliśmy.

T-R-U-D-N-O.J-A-J-E-S-T-E-M-D-U-C-H-E-M-N-A-P-O-S-Y-Ł-K-I.-N-I-E-W-Y-J-E-D-N-I-C-H-C-E-C-I-E-W-E-Z-W-A-Ć-J-A-K-Ą-Ś-G-W-I-A-Z-D-Ę.-A-O-N-I-C-H-C-Ą-M-I-E-Ć-S-P-O-K-Ó-J.

O tym nie pomyśleli, choć brzmiało to całkiem rozsądnie.

-Jak myślisz, Marek- zaczął niepewnie Bio- gdybyś był sławny i umarł, też byś chciał trochę odpoczynku od fanów, co nie? Przecież to musi być bardzo męczące. Nic dziwnego, że załatwiają sobie zastępców.

-Bu- zasmucił się Marek- powiedz mu żeby spadał.

N-I-E-M-A-T-A-K-I-E-J-O-P-C-J-I-.-N-I-E-U-W-O-L-N-I-C-I-E-S-I-Ę-O-D-E-M-N-I-E-B-E-Z-O-K-U-P-U.

-Spadaj na drzewo- poradziła mu Cez. Miała już tego trochę dość. Chwyciła talerzyk i rzuciła nim o podłogę, aż rozbił się na drobne kawałeczki. W tej samej chwili zgasły wszystkie świece i rozległ się straszliwy trzask, a potem czyjś krzyk.

   Zamarła ze strachu, ale Muzy już błyskał zapalniczką i szukał kontaktu. Norę zalał potok  światła elektrycznego.